pan_dziekan vs the hackathon


Dzisiaj będzie o tym jak dobrze zrobić imprezę integracyjną. Co prawda impreza jest przeznaczona dla bardzo stargetowanej grupy docelowej, ale i tak moim zdaniem warto o tym posłuchać. A jak nie to szybkim ruchem ręki opuszczamy stronę wpisując inną fascynującą lekturę – na przykład plotek.pl lub se.pl pełne najnowszych, istotnych wiadomości ze świata.

W dniach 12 – 15 departament informatyczny udał się do tajnej lokacji położonej w long insland – mniej więcej 2 godziny drogi od Nowego Jorku. Centrum dowodzenia wszechświatem tymczasowo przeniosło się do całkiem fajnego domu w stylu amerykańskim (przed duże A) – wiecie taki jak w filmach: Basen, kort tenisowy, boisko do koszykówki, 9 sypialni, siłownia i pokój gier ze stołem bilardowym, piłkarzykami i stołem do ping ponga. Nie żebym się przechwalał czy coś – w końcu w naszym kraju na imprezy integracyjne też mnie po jakiś spa wożono i było całkiem przyjemnie. Chodzi o to, że 26 rasowych nerdów wciśnięto w willę w hamptons jakiegoś magnata albo coś i pozwolono im tam spędzić trochę czasu… różne rzeczy z tego wynikły. Oczywiście tutaj zareklamowałem dom, jak byśmy tam wykonali strasznie dużo wysiłku fizycznego na tych kortach i boiskach. Niestety pogoda oraz wysiłek umysłowy spowodował, że nie byliśmy w dostatecznym stanie używać kortu tenisowego i boiska, jednak basen z ciepłą wodą okazał się nad wyraz interesującym pomysłem…:) Chociaż znajdował się te 5 metrów od domu to jednak sączenie drina o 2 rano i gadanie o głupotach siedząc w wodzie o temperaturze 30 stopni było bardzo dobrym pomysłem:)

Rano pod Zocdoc HQ podjechały 4 vany jak z drużyny A (czarne fordy z rozsuwanymi na bok drzwiami) i rozpoczęła się operacja packathon:). W ciągu mniej więcej godziny z 9 piętra przy niemiłosiernie wolnych windach udało się na w skoordynowany sposób znieść 25 komputerów, co najmniej 50 monitorów, 2 xboxy, stoliki, ekwipunek do zrobienia własnej sieci i inne niezbędne przedmioty (żetony do pokera, gry planszowe, karty do magica…..). Udało się nam to wszystko jakoś do tych vanów zmieścić, nabawiłem się chyba jakiegoś schorzenia kręgosłupa ładując to wszystko do środka i wyruszyliśmy w trasę.

Chociaż nie siedzieliśmy wszyscy w jednym vanie, całość przypominała trochę wycieczkę studencką. Jako, że podróżowaliśmy ze Scottem vanem towarowym, było nas tylko dwóch – zostałem namaszczony mądrością życiową, że lepiej dojechać wcześniej niż później – bo ma się możliwość wyboru pokoju – co jak się okazało potem ma niebagatelne znaczenia. Spanie w piwnicy dla dwóch szczęśliwców, może nie było najgorszym przeżyciem, ale podobno było tam całkiem zimno.

Po dojechaniu na miejsce zastaliśmy oczywiście pięknie urządzony i wysprzątany dom. Skórzane meble stały w salonie, łóżka były nakryte, no po prostu miejsce gdzie można żyć. Ponieważ jednak sprzęt elektroniczny nie lubi, jak leży w bagażnikach szybko musieliśmy przemodelować nieco otoczenia. Oczywiście zgodnie z zasadami Feng Shui. W żadnym rzędzie nie stały wiecej niż 4 komputery, a do każdego ludzia można było się dostać szturchając po drodze nie wiecej niż 2 innych nerdów. Switche zostały również odpowiednio zaplanowane, tak by do każdego wpiętych było nie więcej niż 5 nerdów, co miało zapewnić odpowiednią jakość doświadczenia sieciowego i rozgrywki s Team Fortress 2, Starcrafta 2 i innych potencjalnych wydarzeń team- buildingowych.

Na miejscu czekał już na nas Karl. Wspomniany Karl jest bardzo istotną postacią tego weekendu, ponieważ odpowiadał za przygotowanie … jedzenia, dostarczanie piwa, whisky, kupowanie redbulli, ciastek, smakołyków etc. Tak proszę państwa na 4 dni mieliśmy osobistego kucharza, który umiał zrobić wszytko, do tego upiec ciasta a i wypić nie powiem… No po prostu teenage dream:)

Sam hackathon jest więc imprezą integracyjną dla inżynierów. Każdy wybiera sobie projekt, który chciał zrobić, lub dołącza się do innego takiego projektu i przez ten weekend ma go skończyć. Piękno polega na tym, że nie jest tak, że ludzie nie chcą nic robić, wręcz przeciwnie pomysłów projektów było więcej niż roboczogodzin dostępnych w czasie tego weekendu. Wszyscy mieliśmy jakieś nadzieje i marzenia jak ulepszyć zocdoca, zrobić coś zajebistego albo po prostu coś fajnego.

I tak (tę część czytelniku nietechniczny możesz spokojnie ominąć, bo będzie trochę nerdspeaku:

    • PRzetestowaliśmy MongoDB jako alternatywę do storowania danych o sesji i być może geolokacji
      Zbudowaliśmy nowy, łatwiejszy w użyciu ABTest framework
      w naszym ORM zaimplementowaliśmy BatchInsert, BatchUpdate i BatchDelete
      Zbudowaliśmy świetnie narzędzie do wizualizacji oparte o MVC 3 + d3
      zoptymalizowaliśmy trochę nasz cache, żeby nie zajmował za dużo miejsca w ramie
      zaimplementowaliśmy bota do naszego wewnętrznego HipChatu
      Zrobiliśmy google Maps a’la Minority Report przy użyciu Kinect SDK:D
      inne tajne inicjatywy:D
  • Zabawa przy kodowaniu była naprawdę przednia. Każdy sobie pomagał, wspólnie decydowaliśmy się, jakie jeszcze zajebiste featury dodać do naszych kreacji, albo w jaki sposób je przetestować. Żeby nie było całkowitego chaosu, wspólnie nadaliśmy sobie jakąś tam strukturę, w sharowanym google-spreadsheet, żeby śledzić nasz postęp. Wyszło naprawdę dobrze, i sporo rzeczy po prostu zostało zrobionych. Rzeczy, na które po prostu nei byłoby czasu, w normalnej pracy – to znaczy poza weekendami. Tyle pozytywnej nerdowej energii jeszcze nie widziałem. I żeby nie było, że to byli tylko 24 latkowie. W zespole mamy 3 34+ latków, kilku chłopaków jest żonatych a niektórzy mają dzieci. Wszyscy po prostu dali się porwać kreatywnej energii, było to naprawdę unikalne przeżycie.

    Jednak nie samą pracą (nawet w willi i z darmowym, świetnym żarciem i alko) człowiek żyje. Konkurencyjnym projektem było rozwijanie umiejętności współpracy drużynowej poprzez wspólne „pchanie wózka” lub łapanie flagi, połączone z radosnym prażeniem za pomocą różnych dostępnych narzędzi mordu do wrażej drużyny. Ilość emocji wyzwalająca się w trakcie wygranej potyczki 6 na 6 czy 8 na 8 jest niesamowita. Sama gra jest niezwykle dobrze zbalansowana a całość naprawdę dobrze buduje więzi między uczestnikami. JAko bonus okazało się, że oprócz mojej standardowej ksywki luckyluke otrzymałem nową – bravehart – podobno za niezwykle inspirujące okrzyki bojowe wydawane nie tylko w języku angielskim ale również w jakiś mało znanych dialektach Europejskich („napier@!#!@#!@”). Po prostu oprócz pracy trwało tutaj regularne Lan Party. Najlepsze było to, że w jednym momencie nie grali wszyscy, tylko zawsze niektórzy pracowali, a niektórzy grali. Wszyscy naprawdę umieli utrzymać balans, bo każdy chciał po prostu skończyć swoją robotę:) Zjawiskowe zdarzenie.

    W międzyczasie udało nam się jeszcze rozegrać drafta w magica, turniej pokerowy na 18 osób gdzie w finałowym heads-upie musiałem uznać wyższość Scotta i przekonać kolegów z pracy , że Polska wódka jest naprawdę dobra. Na szczęście w pokera to nie ja wyeliminowałem szefa, więc moja posada jest jeszcze bezpieczna przez te kilka miesięcy.:) Po tym jak usłyszałem, że wyborowa i żubrówka to jedne z najlepszych wódek, jeśli nie najlepsze jakie w życiu pili, uznałem, że wykonałem swoją misję szerzenia prawej Polskiej wizji świata i kultury:) Kolega ponieważ świętował rok pracy w firmie, przyniósł niebieskiego Johny Walkera… i naprawdę dobry trunek to jest. chociaż nie wiem czy dałbym te 170 dolarów za butelkę. Aż tak dobry to chyba nie jest.

    Cel hackathonu został osiągnięty z nadwyżką, wszyscy integrowali się grając w różne gry i ogólnie rozmawiając o tym co lubią najbardziej – kodowaniu i graniu, zostało wykonane dużo bardzo dobrej pracy, i ogólnie można powiedzieć – GOOD Job. Także, jeśli jest tu jakiś Polski pracodawca i zastanawia się jak dobrze zrobić imprezę integracyjną – proszę się ze mną konsultować w sprawie organizacji dobrego hackathonu:) Po wsyzstkim znów zapakowaliśmy wszystko do Vanów i wróciliśmy jako jeszcze lepszy team do HQ, gdzie czekała na nas doskonała pizza, po czym każdy udał się do swojego domu.:)

    Poza tym wszystko w miarę dobrze, tęsknię strasznie za domem od czasu gdy wróciłem po nowym roku i jakoś to życie leci.
    A w przyszłym odcinku o tym jak to się strasznie odchamiłem i poszedłem (a właściwie wzięto mnie) do Opery…

    zdjęcia

    Opublikowano New York | Otagowano , , , , , , | 5 komentarzy

    hacker vs inżynier i znów metro bez spodni


    Witam ponownie po przydługiej przerwie spowodowanej lenistwem:) dzisiejszy post z tytułu obserwacje dziwnej treści.
    Przyszedł nowy rok, przyszły nowe postanowienia. Okazuje się, że jednym z najbardziej promowanych postanowień na nowy rok jest nauczenie się …. kodowania. Tutaj podlinkuje artykuł. Właściwie nie wiem czy powinienem się cieszyć, czy też może akurat płakać. No zobaczymy co życie przyniesie. Mam na szczęście wrażenie, że z nauczeniem programowania jest jeszcze trudniej niż z chodzeniem na siłownię, więc Ci którzy będą mieli jednak to samozaparcie mogą się okazać dobrym dodatkiem do społeczności. Ale wracając do tematu.

    Pracując tam gdzie pracuję zauważyłem dwa typy ludzi. Bardzo specyficznych ludzi. Hackerzy. Wbrew pozorom nie są to ludzie włamujący się w wolnych chwilach do pentagonu, albo łamiący zabezpieczenia transakcji giełdowych i kont internetowych, przegryzając pizzę i zmieniając system świateł w nowym jorku. Nie tym zajmują się inni ludzie. Zatrudnieni w pewnych firmach. Oni są ekspertami od bezpieczeństwa i konstrukcji systemów. Niektórzy bronią, inni atakują. Taka różnica. Hackerzy, z kolei, potrafią coś bardzo szybko sklecić na poczekaniu co …. działa. I robi mniej więcej to co miało robić. Innymi słowy potrafią zrobić coś prototypopodobnego co działa trochę lepiej, nawet się jakoś skaluje i jest dobre… na jakiś czas. Umieją odsunąć problem w przyszłość, albo szybko zrobić demo jakiegoś rozwiązania. w całości, albo w dużym fragmencie. Niejednokrotnie są bardzo błyskotliwi ale nigdy nie zajmują się faktem, czy ich rozwiązanie będzie działać 3-5 i więcej lat później. Bo przecież do tego czasu wymyślą coś innego. Nie wnikają w szczegóły platformy bo najczęściej nie ma takiej potrzeby. Zawsze się znajdzie ktoś kto problem rozwiązał (w googlach, firmie, etc). Nie ma co czasu tracić na zbyt dużo wiedzy, bo technologia przeterminuje się szybko, a ja muszę zawsze być na leading edge. A jeśli będzie trzeba to rozwiązanie zmienić. Nie ma problemu. JEst przecież w jego głowie. A jeśli to nie on będzie zmieniał. Też nie ma problemu, a raczej to nie jest jego problem. Można go porównać do takiego playboya programowania. Coś zaczyna, działa to, będzie działać, bo inni potem to będą utrzymywać, zmieniać, a on już będzie wymyślał nowe rzeczy. Bo nowe rzeczy sprawiają mu przyjemność. Stare jest złe, niefajne, i ogólnie lepiej tego nie dotykać.

    Po drugiej stronie stają inżynierowie. Goście co to zęby zjedli na czymś, zanim coś poważnego zrobią, muszą sobie narysować, popróbować, przedyskutować. Są defensywni, wiedzą, że jak coś nie będzie działać, to oni potem będą musieli to poprawić, ludzie będą na nich krzyczeć, że to ich wina, i w ogóle, przecież soft ma działać długo i bezawaryjnie, a to jest…. trudne.Goście którzy, chcą zrobić system, który będzie działał dla 100 użytkwonikó, ale jak będzie trzeba to i dla miliona. Z natury ostrożni, nie obiecują za wiele, trudno ich kupić wielkimi wizjami, wiedzą, że wielkie rzeczy można zbudować, ale najczęściej po drodze, ze dwa razy trzeba będzie sporo zmieniać. Nienawidzą czytać kodu innych hackerów, bo muszą zaśmiecać swój umysł niepotrzebnymi zależnościami, pamiętać jakieś głupoty i generalnie boli ich od tego głowa. Najchętniej chcieliby, żeby wszystko było rozdzielone, modularne i pluginowane a części można było wymieniać jak obudowy nokii. Wiedzą, że taki kod działa pięknie i najczęściej szybko (z niewielkim overheadem) i zawiera pewną ilość magii, której poza nimi nikt nie rozumie. Na pytanie jak to debugować, mówią po co, przecież testy pokazują że nie trzeba:) Dostarczają w terminach, najczęściej dłuższych niż hackerzy, ale zmiany w takich systemach najczęściej przychodzą szybciej. Najlepiej im się gada z innymi inżynierami;)

    W rzeczywistości najczęściej wygląda to tak, że pierwsze linie kodu w systemach budowane są przez hackerów, bo trzeba prezentację, demo dostarczyć na już i byleby się nie wywalało. Potem jak stopniowo soft dojrzewa i powstaje coraz większa liczba lista życzeń do produktu, ktoś (najczęściej twórca czyli CTO), że przydałby sie jakiś proces, jakaś przewidywalność większa elastyczność. Ale hackerzy nie chcą zmieniać swoich dróg, stopniowo więc mixowani są z inżynierami. I choć obie grupy są utalentowanymi inżynierami współpraca przebiega ciężko. Czy tak musi być? Chyba tak, bo cechy tworzące dobrych hackerów (którzy umieją coś hack together) są inne niż dobrych inżynierów. Można się pokusić, że duże firmy potrzebują i takich i takich ludzi. Google na przykład wyrzuca nieprzeciętne ilości wykonanej przez swoich programistów pracy, licząc, że jak coś już zadziała, to będzie po prostu multi bilion dollar business (no bo jak inaczej przy tej skali). W USA hackerów darzy się wielkim szacunkiem, niejednokrotnie przypisując im cechy wielkich inżynierów. A tak naprawdę kombinacja tych dwóch rodzajów, jest niezwykle rzadka. U nas z kolei dużo bardziej ceni się inżynierów. Powoduje to jednak wielki strach przed innowacyjnymi projektami, bo inżynier zwyczajnie nienawidzi wyrzucać swoich dzieł na śmietnik.

    I tak pojedynek trwa. NA pytanie kim ja jestem?… chyba bardziej jednak inżynierem, choć kiedyś byłem bardziej hackerem (studia to wymuszały).

    Poza tym dzisiaj odbył się kolejny, coroczny przejazd metrem bez spodni. Aura akurat byłą sprzyjająca +10 stopni, można więc spokojnie było zdjąć spodnie. Podobnie jak w zeszłym roku, frekwencja dopisała. Z różnych źródeł słyszałem, że akcja odbyła się w tym roku również w Warszawie. Ktoś coś może opowiedzieć. Czy było to dla Was śmieszne, podobało sie, a może wzięliście udział?:)
    pozdrawiam
    nerd

    Opublikowano PRzemyślenia | Otagowano , , , , , | 1 komentarz

    Zółte taksówki i inne żarty z podstawowych zasad ekonomii


    Znane niektórym miasto Nowy Jork, znane jest z tego między innymi, że posiada znane zółte taksówki, które znane są z tego, że mają kierowców najczęściej pochodzenia hinduskiego, którzy… I oto o taksóweczkach dzisiaj będzie. Taksówki uważane są tutaj przez wszystkich jako środek transportu publicznego. Jest to dziwne, ale biorąc pod uwagę, że posiadanie samochodu na manhattanie oznacza najprawdopodobniej, że jest się bardzo bogatym, albo żyje się tam od pokoleń i ma rent-stabilized apartment (o których też będzie dzisiaj).

    Ogólnie disclaimer… Jeśli uważacie, że USA, a już szczególnie Nowy Jork jest mekką wolnego handlu, przepływu gotówki, konkurencji itp… to… czytajcie dalej te same książki;) Otóż można swobodnie powiedzieć, że wiele dziedzin w tym kraju jest ręcznie sterowanych i kontrolowanych lepiej, niż u Nas za Sowietów, i system działa bardzo dobrze… bo ludzie nie mają pojęcia jak system działa. Po prostu konsumenci hamburgerów znacznie lepiej opanowali biurokrację niż Europejczycy, którzy chlubią się Unią Europejską i Komitetem. Tutaj wszyscy wiemy, że Unia Europejska głównie dużo kosztuje, niewiele daje, i wszyscy chcą być urzędnikami w UE, bo to zajebista kasa, mało pracy i duża emeryturka.

    Tutaj o MTA i innych ciałach nikt prawie nie wie….:)

    W Nowym Jorku istnieje około 13 tysięcy medalionów – czyli licencji na posiadanie taksówki – efektywnie rzeczy ujmując, w Nowym Jorku jest 13,3 tysiąca taksówek. Nowojorczycy rokrocznie wydają ponad Miliard dolców na nie co daje przychód na taksówkę rocznie około 75-80k dolarów. Oczywiście część z tej sumy idzie do miasta (tolls i fees) a reszta do kieszeni kieszeni kierowców. Teraz cały myk polega na tym, że kierowca nie jest właścicielem medalionu, więc musi go wynajmować i płacić odpowiednią opłatę, za możliwość prowadzenia taksówki.

    Interes czysty – zysk bez ryzyka. Posiadasz medalion – wynajmujesz go, a kasiorka tylko płynie, bo przecież wyobrazić sobie miasto bez taksówek, to tak jak by wyobrazić sobie protesty w Grecji, tylko, że tutaj spłonąłby cały Manhattan (Głównie pewnie przez to, że nowojorczycy nie wiedzieliby co ze sobą zrobić a metro byłoby przeciążone). I tutaj znajdujemy mały szkopuł, skoro popyt jest (istnieją godziny, gdzie złapanie taksówki jest w istocie niemożliwe), całe miasto nie jest pokryte (queens, brooklyn etc) to dlaczego nie ma podaży… Otóż dlatego, że komicja TLC z jakiegoś powodu nie udziela nowych licencji od baaaaaardzo dawna (tzn udzieliła coś pomiędzy latami osiemdziesiątymi a 2007 ale jest to zaniedbywalne). Większość medalionów była wyemitowana w czasach wielkiego kryzysu, gdzie taki medalion kosztował bagatela…. 10 dolarów. Obecna szacowana wartość medalionu to około 800k$ przy czym w zeszłym roku na aukcji ktoś zakupił dwa po okrągły milion rocznie. Całkiem niezłym dealem było wtedy kupienie takiej licencji jak widać. Obecnie większość licencji znajduje się w posiadaniu firm inwestycyjnych, które traktują medaliony niemal jako instrumenty fixed income. No bo właściwie czym one się różnią, idę o zakład, że modelowanie przepływów pieniężnych z opłat płaconych przez nowojorczyków jest o niebo łatwiejsze niż modelowanie prepaymentów z instrumentów partych o hipoteki.

    Ktoś może szybko policzyć, że wszystkie medaliony są łącznie warte jakeiś 10+ miliardów dolarów – czyli calkiem spory biznes jak na jedno miasto, a ryzyko żadne…. No właśnie żadne, bo miasto nie udziela nowych licencji, a dlaczego nie udziela skoro mogłoby na tym zarobić, a pasażerowie byliby bardziej szczęśliwi…. cóż na pewno w raportach z posiedzeń komisji są bardzo dobre wyjaśnienia tego problemu. Mi się już nie chciało tego wyszukiwać… Nowojorczycy namiętnie narzekają na fakt, że złapanie taksówki w piątek czy sobotę graniczy z cudem, a jak już się wyjedzie poza wyspę, to naprawdę pozostają tylko „czarne wołgi”:) Ale cóż, ktoś kto w tym biznesie ma 10 miliardów ma chyba na to trochę inny pogląd…

    Innym przykładem wspaniałego pomagania i interwencji na rynku, jest … rynek mieszkaniowy. Na manhattanie znajduje się mniej więcej 2 miliony apartamentów – to znaczy mieszkań. Jeśli jednak myślicie, że większość jest do wynajęcia to…. oczywiście się mylicie. Około połowy jest w systemie (wspomaganym przez miasto) rent-stabilized albo rent-controlled. Te dwa terminy, chociaż różnią się, w pewnych niezbyt ważnych z punktu widzenia tego posta, detalach oznaczają ni mniej, ni więcej, że to nie rynek reguluje czynsz, tylko miasto. I tak możliwe jest posiadanie bardzo zajebistego apartamentu w wieżowcu w bardzo pożądanej dzielnicy Tribeca za … 2000-2500 $ miesięcznie , gdzie po cenach rynkowych taki apartament kosztuje jakieś 5k$+. Zdobycie takiego apartamentu graniczy z cudem i wymaga albo bardzo długiego życia na manhattanie, znalezienia się w odpowiednich grupach wpływu (pochodzenie ma znaczenie:D), albo udowodnienie niskich dochodów… Oczywiście system znowu prowadzi do nadużyć w bardzo prosty sposób. Przykładowo jedną z najbardziej pożądanych dzielnic jest Central Park West, gdzie można mieć spokojnie widok na central park z okna, i było tam kilka budynków, które były rent controlled. Ktoś płacił czynsz <20k$ rocznie a mieszkał w apartamencie warty wg rynku kilka mln$… Znaleźli się więc odpowiedni ludzie, którzy tym ludziom zaoferowali "wielkie" z ich punktu widzenia pieniądze, żeby się wyprowadzili (na przykład 100k$) i bum. Można już wynajmować (takiego lokalu nie można nigdy sprzedać, ale można mieć wieczyste użytkowanie). Stawki na manhtannie spadłyby oczywiście niemożebnie, gdyby rynek sam wyregulował ceny, jednak … tak się oczywiście nigdy nie zdarzy, ponieważ pomoc organów kierowana jest w dość dziwny i niepotrzebny sposób. Za uwolnienie pieniędzy, którzy ludzie posiadają w apartamentach, które zasiedlają mogliby pewnie znaleźć znacznie lepsze warunki gdzieś w okolicach, ale…. Za to wszystko oczywiście płacą ludzie tacy jak ja, którzy przez to muszą płacić premię za apartamenty, które są do wynajęcia, a że poziom zasiedlenia manhattanu to jakieś 99,1% i więcej to…

    A w całej tej historii chodzi o to, że jak ktoś się zabiera za regulowanie całkiem dobrze działającego systemu, to prawie zawsze wychodzi dość kiepsko, a wynikiem jest środowisko korupcjogenne, gdzie oczywiście najbardziej rżnięci są pasażerowie i kierowcy, czyli Ci co im najbardziej zależy, i tym centrum wszechświata system taki funkcjonuje od lat trzydziestych. Rżnięci są również wszyscy, którzy płacą czynsz na manhattanie za coś co w Polsce byłoby uważane, za naprawdę kiepski budynek, a dobre budynki kosztują jakieś kosmiczne pieniądze.

    Poza tym wszystko dobrze, w sobotę był Santacon, czyli kolejny sposób jak powiedzieć ludziom, że to całkiem spoko pić i łazić po barach zaczynając o 10. jakieś 10 tysięcy + ludzi przebranych za mikołajów, elfy i ich żeńskie wersje (oczywiście były wersje slutty) przemierzało miasto, które nie śpi (nawet po piątku) w poszukiwaniu wolnego baru. Bary były jednak tak napakowane, że za dużo nie dało się zrobić, w ruch szły więc sześciopaki kupowane w sklepach. No jak można nie kochać tego miasta.:) I nawet nie było żadnych rozruchów i rozlewu krwi. ot kulturalny dzień w barze przy dużej ilości alko;)

    Piąta wygląda już jak coś z bajki, nad ulicą wisi wielki płatek śniegu, wszystko się świeci, świąteczne piosenki są, Last Christmas jest. No pięknie po prostu pięknie. A kolejki na lodowisko długie jak nigdy….
    \pozdrawiam świątecznie
    pan_Dziekan

    Opublikowano New York | Otagowano , , , , | 1 komentarz

    Historia pewnych wąsów


    Nie wiem czy wiecie co to jest Movember…. Otóż ja też nie wiedziałem, aż pewnego dnia w pracy (konkretnie 31 października) powiedzieli mi, że dzisiaj się każdy ma ogolić i od jutra zapuszczamy brodę i wąsy na cały listopad. Zabrzmiało trochę imperatywnie, nawet jeśli powiedział to CTO, więc ja jako głupi cudzoziemiec zapytałem: Aleosochoci…. Przetrwawszy spojrzenie… no tak przecież on nie wie otrzymałem pełen obraz sytuacji.

    Taktycznie movember jest inicjatywą charytatywną mającą na celu zbieranie kasy na leczenie tzw. Dude cancer – raka jąder i prostaty. Tylko jednak amerykanie mogli chyba jednak na to wpaść, że przez miesiąc pielęgnujesz swój zarost, żeby pod koniec owego miesiąca zrobić sobie dość idiotyczną fotkę, i na serwisie do tego przeznaczonym ją opbulikować, po czym rozesłać wszystkim „friendsom w sensie fejsbookowym” z fb, google, telefonu i czego tam jeszcze by łaskawie wpłacili coś dla dobra sprawy. Żeby było śmieszniej to działa…. Żeby było jeszcze śmieszniej jest to popularne nawet w korporacjach gdzie trzeba w koszulinie i garniaczku równo codziennie popylać:)

    Oczywiście prawdopodobnie tylko w firmach z dystansem do siebie możliwe jest rozesłanie maila dnia 29 z proponowanymi stylami wąsów na dzień jutrzejszy, z czego najciekawszy są na „Chucka Norrisa/Strażnika teksasu”, gwiazdę porno, Toma Seleca, french style, bogacza z tesksasu, charlie chaplina, harleyowca… i inne. Prawdopodobnie nie każda firma zaweźmie potem pracowników, którzy sobie te wąsy zapuścili i postawi ich pod ścianą by…. zrobić im profesjonalne zdjęcie, potem skolażować je z innymi i opublikować na facebooku i jak to określił kolega „tweet the shit out of it” w celu o ogólnie zrobienia zamieszania w dobrze pojętym tego słowa znaczeniu… Tak chyba ja jeszcze mało widziałem, ponieważ to wszystko mnie spotkało w zeszłą środą.

    Moje wąsy nie były powodem do dumy, głównie z powodu mojego koloru zarostu, który jest podobny do mojej głowy, czyli jest mocno blond. Wiedząc, że jestem raczej na straconej pozycji pozostało mi jedynie improwizować. Na szczęście w pracy są jeszcze azjaci, którzy wąsów prawie w ogóle nie mogą wychodować więc jeszcze nie wszystko wyglądało tak źle. Założyłem więc beret, marynareczkę i elegancko udawałem ubogiego francuskiego malarza, który ma styl… Jak również wiele pozytywnych uśmiechów w pracy. Ludzie reagowali bardoz pozytywnie, przychodzi do nas z różnych departamentów podziwiać to zaangażowanie w sprawę… JAko cały team Zoc zebraliśmy ponad 4000$ więc nie jest najgorzej, a jako bonus na koniec dnia zagraliśmy w kręgle:)

    Ciekawy jestem kiedy pojawi się u nas taka inicjatywa by zrobić z siebie trochę durnia dla jakiejś dobrej sprawy, coś mi się jednak wydaje, że jeszcze jako naród pełen smoleńsków, krzyży i innych takich nie dorośliśmy do umiejętności zbijania się z siebie samych (choć jednostki są), ale może i do nas niedługo zrozumienie Gogola dotrze.

    Potwierdził to niedawno pewien fakt, z którym miałem się nieszczęście zapoznać. Otóż mam w ulubionych taką, stronę „Polacy w Nowym JOrku”, którą to w przypływie uczuć patriotycznych (jak i prawdopodobnie głupoty, bo to trudno odróżnić) polubiłem. Generalnie staram sie trzymać od rodaków w miarę z daleka tzn. aktywnie nie szukam więzi z nimi, gdyż w zupełności nie czuję takiej potrzeby, w sensie jakiś organizacji, bo jeśli jakiegoś rodaka na drodze napotkam to i jak najbardziej stosunek mam domyślnie przyjacielski. Ale do rzeczy. W zeszłym miesiącu mieliśmy mały cud nad Wisłą, po tym jak kapitan Wrona cudownie wylądował na Okęciu, lecąc z Newark (nie mylić z new york chociaż to zaraz obok). Wiecznie czujni rodacy wyniuchali, że parszywi amerykanie z Staurday Night Live trochę się z tego pozbijali: tutaj … Sam żart oczywiście nei jest jakiś bardzo śmieszny, choć trochę pomysłu miał. Już mieli traktować to jako zamach stanu, a przewodniczący komisji kościuszkowskiej wystosował chyba nawet oficjalne pismo. Czego już natomiast nasi wojujący prawicowi nacjonaliści na obczyźnie nie zauważyli, to fakt, że SNL (znany skądinąd z dużo bardziej kontrowersyjnych żartów) zbijał się również z kapitana Sullego, po tym ja wylądował awaryjnie na hudson tutaj . Trochę mi oczywiście krew zawrzała, bo ja czegoś takiego strasznie nie lubię. Chwała Wronie za to co zrobił, szacun w i ogóle Rispect, ale z tego co wiem to piloci mają coś takiego w obowiązkowym szkoleniu, i po prostu dobrze wykonał swoją robotę. No cóż narodowy kompleks niższości się oczywiście musiał włączyć… ehh

    no nic więcej się nie stresuje, Nowy Jork wygląda już jak jedna wielka choina z miliardem lampek. U mnie na osiedlu wieczorem to już można oślepnąć, a ilość zwierzątek, choinek i ozdób prawdopodobnie przekroczyła całkowitą taką ilość w Warszawie. No i oczywiście LAst Christmas….

    pozdrawiam
    pan_DZiekan

    p.s. zdjęć wąsów nie będzie bo wyglądają za śmiesznie ale za to a co publiczne przecież

    Opublikowano New York | Otagowano , , , , | 5 komentarzy

    Startup Story part III – You aren’t gonna need it and KISS it


    Znowu oczywiście się rozleniwiłem i przez 10 dni nie dodawałem żadnych postów (przykro mi przegrywaliście o 10 z kolejnym odcinkiem house albo HIMYM bo mój mózg naprawdę nie chciał już za dużo myśleć) ale ponieważ mamy święto indyka, to nie ma zmiłuj trzeba pisać. Niektórzy z WAs pewnie kojarzą dwie zasady Yagni i Kiss, jako jedne z zasad, którymi rządzi się Agile software development. I muszę wam powiedzieć, że naprawdę musiałem się ich tutaj nauczyć od nowa. Z całowaniem to jeszcze jak Cię mogę, ale Yagni…. Posiadam naturalną tendencję do dopieszczania rzeczy, które tworzę a jak coś sprawia mi przyjemność to już w ogóle musi być idealne, rozszerzalne w najlepiej żeby jeszcze wykresy rysowało (i piwo z lodówki przynosiło). Okazuje się jednak, że w dynamicznym zespole gdzie nie każdy posiada taką samą znajomość technologii jak ty nie jest to pożądane. Jasne, że fajnie bajerów, które tobie ułątwiają życie, ale potem okazuje się, że jesteś oskarżony (nie w dosłownym sensie oczywiście) o tworzenie magii… – no bo jak to działa. I okazuje się, że potwierdza się stare prawo, które wyczytałem gdzieś kiedy, że wysoka technologia jest w zasadzie nieodróżnialna od magii:D Trzeba więc magię opakować, tak by tzw. junior guys się nie poparzyli, a tak naprawdę po to, żeby produkcja czasem nie wybuchła przez przypadek:)

    Jeśli chodzi zaś o You aren’t gonna need it to naprawdę nie było łatwo. Jeśli zaczynasz stosować te wszystkie wzorce, bo WIESZ, że zaraz tutaj trzeba będzie dodać taki plugin, a tam trzeba to będzie zintegrować z tym, a potem się okazuje, że ten kod tak naprawdę działa niezmieniony przez rok i nic z tego co wiedziałeś nie zaszło, to faktycznie trzeba sobie wysiłku oszczędzić, bo jest dużo więcej rzeczy do zrobienia. Całkiem użyteczne jest natomiast komentowanie tych miejsc gdzie potencjalnie chciałbyś coś rozszerzyć (na przykład zmienić to na adapter jak zajdzie potrzeba albo, tu zaimplementować kolejkę i producenta/konsumenta jak trzeba będzie wielowątkowo) żeby potem Ty lub twój następca miał łatwiej. I już powoli zaczynam pisać mniej kodu niż pisałem wcześniej.

    Całe szczęście, że nie piszę tylko kodu, ale mam okazję zrobić też trochę analityki. Bawienie się danymi i wyciąganie z nich jakiś wniosków jest naprawdę fascynujące. Okazuje się na przykład, że 5 najbardziej poszukiwaną specjalizacją w NYC jest … Psychiatra:) Może was to nie zdziwi, bo w końcu tutaj jest dużo wariatów, ale żeby przed ortopedą czy cos… Ogólnie próbuję zbudować coś, co nazywa się modelem churnu, czyli jak przewidywać, którzy doktorzy mają największe szanse od nas odejść, tak by efektywniej ich zatrzymywać. sporo zabawy z numerkami, i w sumie nie tak różne od budowania modelu ryzyka, ale jednak dane zupełnie inne i domena też, więc zabawa jest;) Poza tym inne ciekawe zabawy z jakąś analizą behawioralną użytkowników (oczywiście jedynie statystycznie), co wpływa pozytywie, co nie, jakie są typowe zachowania etc… Bardzo mi się podoba fakt, że jak coś mi wyjdzie z moich krzaczków i Exceli, to idę do User Experience gościa i mówię, że wyszło to i to, a on spoko. Zaraz zrobimy regresję, zaprosimy grupę kontrolną, popatrzymy co się dzieje etc… Naprawdę high- tech, i akurat tego nie mam zmierzonego, ale inwestycja w user experience chyba jest czymś co ma największy zwrot w produktach dla rynku konsumenckiego.

    Poza tym w firmie wszystko dobrze, ostatnio wybrałem się na pierwszy z mojej historii Fundraiser. Wiadomo wszędzie na świecie organizuje się bale gdzie bogaci ludzie mogą się schlać i najeść (pardon skosztować wykwintnych napojów i zasmakować w ciekawych potrawach) w zamian za to, że przekażą jakieś mało znaczące kwoty na jakiś szczytny cel. Zocdoc, jako że jest dość związany z branżą medyczną, a już szczególnie w NYC zabrał nas na taką imprezę organizowaną przez jakiś szpital. Bilety były zapewne dość drogawe, jako że podawano kawior, najlepsze steki a drinki były przystrajane orchideami (mai tai:D) lub podawane w kokosach, a mackellen 18 letni też sie znalazł… Powiedziano nam, że strój business casual (zapewne po to, żeby devów nie odstraszyć…) no i byliśmy jedynymi gośćmi, którzy nie mieli na sobie Armanich i innych włoskich włókien na sobie:D Oczywiście nie przeszkadzało nam to w żaden sposób się dobrze bawić. Sam się nawet zaangażowałem w jakąś licytację skrzynki dobrego alkoholu (jedyne co zwróciło moją uwagę), ale jak cena przekroczyła 350$ stwierdziłem, że może jednak są tu ludzie, którzy mają większą ilość kaski na takie zabawy (Albo po prostu nie wypiłem jeszcze dość dużo).

    Poza tym oczywiście święto indyka, Amerykanie dziękują ze rzeczy wszelkie. Okazuje się, że mają również fantazje i niektórzy nie jedzą tylko indyka, tylko na przykład faszerują indyka kurczakiem (SIC!), który jest dodatkowo faszerowany kaczką (SIC!!!!), która jest oczywiście faszerowana. TAkie zjawisko nazywa się Turducken i wcale nie jest tak łatwo go znaleźć w NYC (ale podobno znawcy wiedzą gdzie to dostać). Ja natomiast dzisiaj nie będę kuraka wcinał, ale udam się chyba na jakąś wycieczkę na miasto. Natomiast kolacja odbędzie się jutro u mnie – ponieważ mam miejsce, w zamian goście przyniosą żarcie – złoty biznes.:)

    Poza tym w pracy raczej spokojnie, dużo czasu spędzam ucząc młodszych chłopaków jak ułatwiać sobie życie i co tam jeszcze framework kryje, toczę walki ideologiczne i jem same dobre rzeczy… (nie naprawdę muszę przestać z tym meksykańskim…. ale burrito jest TAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAKIE dobre). Nie mogę się mimo wszystko jednak doczekać grudnia (znaczy 22 konkretnie), ponieważ wtedy będę mógł zapakować się do niewygodnego samolotu KLM (no jeszcze nie business class:D) i przecierpieć te 10 godzin, żeby znaleźć się w domu na świeta. Zapowiadam więc, że w przerwie międzyświątecznej jestem, i chcę się z Wami zobaczyć, więc trzeba coś zacząć ogarniać:)

    Poza tym w NYC była wielka wystawa psów (i trochę kotów). Poszliśmy z Miso popatrzeć i było to jedno z najprzyjemniejszych wydarzeń ostatniego czasu. Ras było ze sto albo i więcej i właściwie każdego psiaka można było właściwie pogłaskać i się z nim pobawić. WAda była taka, że trzeba było walczyć z tłumem dzieciaków, które za punkt honoru obrały sobie fakt, że nie pozwolą żadnemu dorosłemu na zbliżenie się do psa. No ale kilka groźnych spojrzeń i może jakieś wywarcie presji zrobiło swoje:D Dog jest naprawdę wielki, widziałem psa który był owcą, innego psa który wyglądał jak dywan we frędzle i widziałem nawet boksera. To było trochę wzruszające bo mój psiak, którego miałem przez 14 lat, niestety bezczelnie nie poczekał na swojego pana do świąt i pożegnał się z tym światem…

    To chyba tyle nowości, napiszcie coś tam czasem do mnie
    pan_dziekan

    Opublikowano New York | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

    Startup story – part II, get Your stuff done


    Witamy w drugim odcinku moich przygód z nadmiarem pracy i cieszeniem się z tego powodu. Post jest oczywiście stary i ma juz ponad dwa tygodnie i z jakiegoś powodu nie mogę go nadal skończyć.

    Powoli poznaję firmę i rządzące nią zasady. Nadal jest całkiem fajnie, można się pośmiać i zaczynam rozumieć tzw. kulturę nerdów jakie rządzą w tego typu przedsięwzięciach. Przede wszystkim należy cieszyć się z tego powodu, że jest się nerdem. W innym wypadku można zostać sklasyfikowanym jako low-energy, a to jedna z najgorszych rzeczy jaka może nas spotkać. Zanurzenie się w swoim nerdowstwie jest bardzo wazne. Wszyscy programiści w większym lub mniejszym stopniu uwielbiają to, że programują i lubią się tym popisywać.

    Można powiedzieć, że grupa dwudziestu czy coś programistów to jak mały gang na osiedlu. Trzeba pokazywać swoją wartość, od czasu do czasu zrobić coś żeby popisać się przed innymi i za wszelką cenę nie być głupim:) Bycie głupim jest niedobre…. Firma z resztą potrzebuje przynajmniej jeszcze ze dwudziestu, ale rekrutacja idzie pełną parą…

    Właśnie rekrutacja. Z racji mojego stanowiska właściwie trzeciego dnia zostałem dołączony do grupy chodzącej na rozmowy kwalifikacyjne w celu przejścia odpowiedniego treningu. Od tego czasu spędziłem na tej aktywności wiele godzin i przepytałem chyba z pięciedziesiąt osób już (były takie dni że i po 4 -5 skypów miałem). I powiem wam, że według kryteriów zocdoca naprawdę nie jest łatwo znaleźć kogoś wartego uwagi (nie żebym się tu popisywał). Na 50 osób pierwszy etap puściłem 5-6 osób, a drugi przesiewa dalsze 80 a może i więcej osób. I ze statystyk curtisa (naszego in-house headhuntera) wychodzi, że jak zatrudnimy jednego typa na 100 to jest to dobry dzień:D To nawet nie chodzi o to, że musza to być wyjątkowo inteligentni ludzie, czy też znać .net wyjątkowo dobrze (to najczęściej w ogóle nie jest czynnikiem – z czym mocno się nie zgadzam) czy też jeszcze niewiadomo co. To raczej chodzi o to, że muszą być całkiem bystrzy, umieć kodować, nie bać się pracy i robić co należy, oraz być nerdami…

    Proszę ja Was zaaplikował do nas typ, który miał własną stronę w Wikipedii (i to nei on ją napisał). Najmłodszy absolwent matematyki Cambridge (tego angielskiego) w historii, udowodnił problem naszyjnika (necklace problem), pracuje jako quant w banku, a mimo to chciał dla nas pracować. Każdy uważał (ja akurat nie miałem przyjemności go przepytywać), jest megamądry, dświadczony i w ogóle, ale mimo to roboty nie dostał. Do dzisiaj nie dostałem właściwie wiążącej odpowiedzi dlaczego, ale wychodzi na to, że inni team leaderzy nie chcieliby nim zarządzać, i właściwie nikt go za bardzo nei polubił… Powód dobry jak każdy inny. Soft skille:)

    Poza tym mieliśmy takie amerykańskie święto co to się nazywa Hall-o-ween. Generalnie zasada jest taka, że to święto duchów i innych strasznych rzeczy…. ale w ogólności oczywiście chodzi żeby się troche pośmiać. Ponieważ halloweenu był cały weekend, moja wątroba przeżyła to dość ciężko, ale było śmiesznie. Na sobotniej imprezie z Miso i ekipą paradowałem jako MJ (moja blada skóra + on nie żyje) i było całkiem spoko. W piątek padł jednak prikaz, że w poniedziałek wszyscy przychodza przebrani, albo nie ma alko i żarcia w poniedziałek po 18:30…:D

    Przyszedłem więc w poniedziałek, jak przykazane zostało. Założyłem czapkę z kształcie Króla Świni z angry birds…. i wszedłem do biura gdzie przebrnai byli … prawie wszycy. Był Mr. T, Prezes zapowiadał rewolucje jako Che-Guevara, inny prezes był MC Hammerem (can’t TOUCH THIS czy coś) były coache, koty w butach, żyrafy, doktory, przyprawy a nawet słynny 1%:) Generalnie śmiechu trochę było:) I nawet udało sie coś zrobić w ten poniedziałek.

    Wracając do przesiewu kandydatów… Chodzi raczej o to, że jeszcze nie jesteśmy tak znani , żeby aplikowali do nas ludzie z google, czy też banków, ani nie płacimy jeszcze chyba tak dużo. Z drugiej strony jesteśmy już na tyle nieźli, że dzieciaki z tych wszyskich Columbii, Princetonów, MIT się do nas zgłaszają w całkiem sporych ilościach, także jest z czego wybierać. Obserwuje więc jak sie buduje wizerunek firmy dla takich młodych zdolnych, jak robi się rózne akcje żeby zainteresować taki narybek… i to tez jest pouczające, że tym wszystkim bankom, googlom, facebookom da się wyrwać kawałek tortu.

    Z innych ciekawych rzeczy robiliśmy wcześniej analizę wielu zmiennych wpływu pewnych czynników na to czy pacjent zabookuje wizytę czy akurat nie… Rezultaty, sa interesujące albo… inconclusive:) potrzebujuemy więcej number crunchingu:)

    Poza tym istnieje spora presja mimo wszystko. SPoro firm posiada jednak przecież jakieś 7 cyforwe sumy zainwestowane w Zocdoca i oczekuje wyników. Konkurencja też raczej nie śpi a i cały rynek też niekoniecznie jest nam przyjazdny i chce pomagać. Z drugiej strony widać jednak, że ludzie chcą osiągnąc sukces i pomagają sobie jak tylko mogą. No i jak wiele sił jest położonych na to, żeby duże grupy ludzi stawały się bardizej efektywne… Jeszcze żeby dało się to lepiej zmierzyć… Fakt faktem, nasz „back office” Ma dużo customizowanych, dedykowanych narzędzi, które pozwalają im pracować szybciej i lepiej, a nasz infrastruktura już tylko rośnie. Ważne jest to czego nie widać…

    Przy okazji ile się można nauczyć, że pacjenci nie powinni prowadzić szpitala dla chorych umysłowo…. Jak patrzymy jak ludzie próbują używać nasze pierwsze drafty UI i jak koniec końców, sa dla nich najbardziej wygodne (największy wspołczynnik konwersji) to człowiek myśli, że powinien zapisać się na jakiś kurs… Nie bardzo tylko wiadomo na jaki.

    Ludzie nie lubią mieć kontroli, chcą żeby ich prowadzić za rękę, w ogóle nie chce im się nic robić, najlepiej, jak by się samo zrobiło i jeszcze podziękowało. Nie ważne, że oddam władzę, nad własnym życiem, po prostu nie chcę mieć tego problemu…. My z kolei (programiści) chcemy wiedzieć wszystko, mieć kontrolę nad wsyzskim, wiedzieć jak coś działa, jak wpływa na inne elementy. Ten konflikt chyba będzie juz trwał czasy wieczne…

    Wiecie dlaczego ludize tak lubią appsy… (web, na telefonach itp)… Bo nie ma w nich procesu instalacji… Instalacja jest najbardziej wkurzającą ludzi rzeczą w programach na komputery..

    Człowiek uczy się całe życie
    pan_dziekan

    Opublikowano New York, PRzemyślenia | Otagowano , , , , | 4 komentarzy

    A startup story – part 1


    Dobra, będzie cztery tygodnie jak już pracuję w nowym miejscu, więc może trzeba by było coś opisać. Dostałem już kilka maili od zmartwionych dusz czy przypadkiem nie pracuję za dużo, dziękuję za troskę:) Ten post powstawał ponad 2 tygodnie… z wielkimi korektami, związanymi glównie z faktem, że jestem dosyć zajęty.

    Na początku muszę powiedzieć, że jestem zadowolony. Pracy jest naprawdę dużo, ale przecież chyba o to chodziło. Rzeczy, którymi się tutaj zajmuję wydają się naprawde interesujące. Oczywiście nie ma tak, że nagle wszystko działa i tylko się robi nowe technologie, ale i tak jestem miło zaskoczony:)

    Po pierwsze wszystko jest tutaj nastawione na efektywność. Ma działać i kropka trzeba po prostu coś zrobić. Na szczęście rzeczy nie są robione na chybcika (choć i tak się zdarza) i planowanie jest zawsze wzięte pod uwagę. Widać jednak, że sporo kodu powstawało w dość gwałtowny sposób ale wynika to głównie z tego, że niektórzy po prostu uczyli się technologii pisząc produkcyjne rozwiązania.

    Biznes jest bardzo metrics driven, jest masa wykresów wskaźników i statystyk interpretowanych przez różne departamenty w celu podejmowania decyzji biznesowych i jest ciągła presja na nowe metryki. Widać, że przydałaby się prawdziwa hurtowania, no ale jeszcze to trochę potrwa (może ja będę miał szansę ja zbudować).

    Ilośc metryk i monitorów obserwujących pracę strony jest również dość duża, wiec dziwności nie zdarzają się raczej przypadkowo, jest trochę rzeczy, które uniemożliwiają programistom robienie głupich rzeczy, jednak ogólnie pokrycie testami jednostkowymi mogłoby być większe.

    Gigantyczną zaletą jest fakt, że z CTO, CEO czy innymi C-level można sobie po prostu porozmawiać, zapytać się jak to wszystko wygląda co wpływa na decyzje biznesowe, i jakie są plany. I od razu dochodzi się do wniosku jak świetnie znającymi biznes są to ludzie. Opowiadają o tym jak buduje się produkt, świadomość marki i dlaczego coś musi być łatwe w użyciu. Widać powiązania pomiędzy róznymi departamentami i jak efektywność jednego wpływa na drugie. Docenia się również fakt, jak duża jest infrastruktura strony, która ma tylko kilka widoków przecież po stronie klienta.

    Naprawdę fajny kontakt mam z prezesowstwem i nabieram większego szacunku dla ex-konsultantów:) Widać naprawde solidną szkołę biznesu i nakierowanie się na cele, poparte rozsądną analizą. Siedziliśmy na przykład i analizowaliśmy w jaki sposób mierzyć popyt na nasze usługę, bo nie jest to zdefiniowane pojęcie i po kilkunastu minutach rzucania pomysłów udało się stworzyć jakąś metrykę pozwalającą estymować ten popyt i dzięki temu lepiej rozpraszać naszą podaż (bo dyspersja jest ważna) i mieć lepiej zadowolonych klientów. Czyli nawet ludzie po McKinsey to nie tylko korporacyjne szuje. (Ale Oliver jest geniuszem….)

    No i jeszcze świetny stosunek do inzynierów. Zocdoc nie kupuje softu (Hooray Bizspark) a wszytko budowane jest przy pomocy programistów. A więc potrzeba narzędzia do wspierania operacji – robi się to pogramistami, metryki dla sprzedaży – programiści są po prostu wewnętrznym dostawcą wszytkiego co komputerowe a każde rozwiązanie jest dostosowane do specyfiki firmy.

    Programiści to ogólnie ciekawa grupa tutaj. Dostać się jest dziwnie trudno, chociaz pytania nie są tak naprawdę jakoś strasznie wysublimowane. Są nastawione głównie na performance or na znajomość ogólnych technik programowania. O dziwo praktycznie nie trzeba znać c# i .net żeby tu pracować, to znaqczy nie jest to wymagane, gdyż firma wychodzi z założenia, że jak umiesz już coś napisać, to przez pierwszy miesiąc się nauczysz. Ma to oczywiście sens i przez pierwszy miesiąc takie ludziki czytają c# in depth 2 i c# in a nutshell i potem są pytania, ale ja jednak uwazam, że dobrze jednak znać platformę na której pracujesz.

    I tutaj kolena ciekawa obserwacja. Ludziki tutaj w większości wywodzą się ze środowisk linuxowo phpowych i strasznie klną na microsoft, co powoduje moją irytację… No ale poza tym jest to grupa bardzo utalentowanych ludzi, którzy nie mają wrodzonej jeszcze dużej ostrożności, ale stanowią bardzo wybuchową i efektywną mieszankę, która powoduje że to wszystko działa.

    Jako, że ja dostałem zespół backendu a ogólnie będę zajmował się zespołem data to… dużo się muszę dowiedzieć. Oczywiście nie mogę powtrzymać i namiętnie zwracam im uwagę, że coś zrobili nie do końca optymalnie i można było lepiej (Na litość boską, niech ludzie się w końcu nauczą Time Series pattern !!!!! obecny stan + historia!) ale poza tym wszystko gra i śpiewa. Dziwne jest to, że projekt utrzymuje swoją monolityczną strukturę, jeśli chodzi o dane a powinien powoli zacząć się dzielić… NO ale to już moja w tym głowa żeby poszło lepiej.

    Poza tym jest dynamicznie… trzeba szybko reagować na nowe sytuacje, jakieś alarmy ruszyły, więcej ruchu jest na stronie, ilość pacjentów spada, ktoś zbanował nasze synchronizatory… Przy okazji człowiek uczy się też jak wyglądają pewne nowe biblioteki i generalnie stara się ogarniać większy obrazek.

    To ile przez ostatnie 4 tygodnie nauczyłem się o SEO i SEM to pewnie nigdzie bym nie zdobył tej wiedzy co w biznesie, który musi się tym faktem zajmować na codzień. I wiedza i ilość informacji, które internet z Ciebie wyciąga jest naprawdę zastraszająca. Ale co zrobić, można próbować walczyć, ale może trzeba się temu po prostu poddać.

    Jestem też bardzo pozytywnie zaskoczony jak można realizowac efektywnie komunikację w firmie przy użyciu narzędzi internetowych. Google Docs i calendar i spreadsheet używać do współdzielenia informacji, type with me do wspólnego tworzenia dokumentów, komuniaktor internetowy spersonalizowany do strony, strona z zamawianiem żarcia tylko dla pracowników, wspólne konto amazonowe na które można zamawiać ksiązki… i milion rzeczy.

    Atmosfera jest mega nastawiona na sukces i wzrost i wydaje się, że większość ludzi tutaj zależy, bo sukces jest jednak współdzielony. Poza tym widać, że ludzie jednak się cieszą, że pracują w najlepszym miejscu w Nowym Jorku. To widać również po ilosci CV, które dostajemy codziennie z najlepszych uczelni w kokolicy. JEst tego mniej więcej 30-40 dziennie co oznacza, że naprawdę ktoś chce tutaj pracować.

    No i najważniejsza rzecz… obiady:) Szef, którego mamy obecnie robi niezłe rzeczy, ale 2 razy w tygodniu zamawiamy z knajpy, na którą jest publiczne glosowanie i najadamy się jakiś dobroci:) Mam nadzieję, że przez tą politykę żywieniową nie przytyję za dużo.

    Czykli oprócz tego, że koduję czasem jakieś interesujące rzeczy (klasa do zarządzania kalendarzem jest trudniejsza niż myślicie) i robię trochę analityki, naprawdę sporo ucze się biznesu i jak to się tak naprawde robi. Jak wazny jest PR i marketing, oraz tak naprawde to, że konsumenci to naprawdę rozwydrzona grupa ludzi, którzy domagają sie jakiejś gigantyczne atencji…

    A także na przykład to, że migrując z .Net 3.5 sp1 na .net 4.0 okazuje się, że ASP/IIS defaultowo nie akceptuje UserAgenta z IOS app_browsera, co wypieprza się w pewnych określonych sytuacjach …. etc etc etc.

    Niech moc będzie z Wami (2 posty już prawie skończone).

    p.s. Predictably Irrational powinna byc lekturą dla wsyzstkich robiących cokolwiek z konsumentami/ludźmi na co dzień:D

    Opublikowano New York | Otagowano , , , , , | 2 komentarzy

    The app hyphothesis [updated]


    2 tygodnei prawie bez posta. Nie wygląda to dobrze, ale powiedzmy, że pierwszy tydzień w mojej nowej pracy też nie był czymś zwykłym. Pierwszego dnia skończyłem o 1 nad ranem a łącznie przesiedziałem ponad 70 godzin. Ale wiecie co… Jest fajnie. O pracy napiszę przy najbliższej okazji bo wydaje mi się, że jest o czym (przy czym pewnie będę się musiał hamować, żeby nie złamać jakiś zasad i nie zostać wywalonym na zbity pysk). Ale dzisiaj o czymś innym.

    W zeszłym tygodniu zmarł Steve Jobs. Ikona biznesu high-tech. Tyle ile o nim się tutaj mówi, to chyba nawet o naszym papieżu sie nie mówiło jak odszedł. Człowiek faktycznie zasłużony, dużo zrobił dla end userów… Ale żeby aż przychodzić na czarno następnego dnia do pracy… Coż jak widać, dla niektórych był on na tyle wazny.

    Ostatnio czytam trochę książek, związany ogólnei z tematem doświadczenia użytkownika (user experience) w czasie używanie softwaru. Jest to pakiet mojego obowiązkowego szkolenia w ZocDocu, co bym robił produktu dobre i nie powodujące zbyt dużej ilości KRW i innych przekleństw ze strony potencjalnych userów. Podejście innowacyjne i na pewno ciekawe, i może nawet się kiedyś przeproszę na nowo z UI zwanym po nowego User Interaction:)

    Tytuł jednak sugeruje, że będzie o aplikacjach, i tak w istocie zaraz do tematu nawiąże. Smartfony spowodowały, że „apps” rozpełzły się wszędzie tam gdzie mogły się pojawić. Większość z nas używa ich już, a i być może używałą już wcześniej na naszych kochanych nokiach i soniaczach, na których przecież też można było instalować rzeczy. Widgety na stronach też znane sa już nie od dzisiaj, jak to jest, że wszyscy nagle szaleją na punkcie Appsów.

    Otóż osobiście wydaje mi, że szaleją ludzie, którzy nie mieli jeszcze szansy szaleć. Wcześniej takie rzeczy jak samrtphony czy inne Hi_tech gadżety były domeną silnych power userów, jeśli nie tech-nerdów, dla których punktem honoru było zrozumienie jak działa urządzenie. I nawet jeśli Windows Mobile byl trudny w obsłudze, to przecież dawał możliwości których wcześniej nie było – można było przeglądać office na telefonei, otwierać PDFy i robić wszystko to NIE NA kompie. Co z tego, że było to trudne… To ma być trudne, przecież to tak zajebiste.

    Ponieważ jednak, ktoś w końcu wpadł na rewelacyjny pomysł, że moze zrobimy w końcu coś łatwo.. Nagle znacznie większa ilość osób zaczeła kupować te urządzenia. Jak się chwilę zastanowić to takie Appsy nie są przecież niczym nowym, bardzo rzadko oferują funkcjonalność, której wcześniej nie było i cała ich siła własciwie polega na tym… że są właśnie ekstraktem funkcjonalności!

    Mamy kalendarz, notatnik, alarm i wiele innych appsów. I każda z nich oferuje dokładnie to co się po niej oczekuje. Najczęśniej nie ma zaawansowanej konfiguracji, a jeśli jest, to głęboko schowana, żeby przypadkiem czegoś nie popsuć. dlatego jest sens robić aplikacje, których funkcjonalność jest mocno ograniczona… bu ludzie właśnie tylko jej chcą używać.

    Jak sobie pomyślę, jak wiele użytecznych funkcji ma outlook a ile z nich używam, to troszkę mnie to przeraża. Przecież pewnie produktywnie mógłbym wykorzystac jeszcze co najmniej kilkanaście. Ale nawet nie chce mi się ich wyszukiwać (ostatnio odkryłem search folders… zajebistE). A taki apps, czytasz co ma robić i po prostu to robi.

    Wydaje się więc, że jesteśmy po prostu świadkami małej rewolucji w designie aplikacji. Oczywiście na razie tylko konsumenckich, bo ten rynek był mocno nieodkryty przez dłuższy czas. Ciekawe kiedy przyjdzie pora na rewolucję w oprogramowaniu biznesowym, gdzie systemy księgowe nie będą jakąs gigantyczną pajęczyną niewiadomo czego, SAP nie będzie wymagał 100 lat szkolenia, Sharepoint paktu z diabłem do konfiguracji….

    Z jakiegoś powodu wydaje mi się, że narzędzie programistyczne zawsze jednak pozostaną skomplikowane… Bo my to już po prostu lubimy. Gdyby moje visual studio miało 5przycisków, to bym się poczuł jakiś niedoceniony. Przecież ja musze meić kontrolę nad wszystkim. Chcę wiedzieć, co gdize i jak i dlaczego działa. Móc skonfigurowąć to, przełączyć tamto. Z drugiej strony jak by mi ktoś zrobił, tak że odkrywanie nowej funkcjonalności tak skomplikowanego narzędzia jak visual byłoby trochę łatwiejsze, to może byłbym jeszcze trochę szczęśliwszym programistą.

    Ale do tego czasu jeszcze trochę upłynie. I bynajmniej nie będziemy mieli od tego mniej roboty, po prostu na projekcie będzie, ktoś kto będzie odpowiadał, za projektowanie tylko i wyłącznie interakcji z uzytkownikami, a jej zaprogramowanie będzie może wymagało również dużo pracy… i wymusi poprawną architekturę na programistach. Bo jakże często teraz to co widzimy na ekranie jest dość prostą translacją tego jak naprawdę wsyzstko jest reprezentowane w kodzie … hierarchiczne struktury, list etc. A jak użytkownicy zaczną nam odmawiać używania softu bo — jest za trudny, to się dopiero zacznie. Przyjdize taki człowiek do pracy i powie, że on Excela to nie, bo za trudno a na Macu to się tak robi. I będzie na przykład bardziej efektywny. No ale to jeszcze dużo wody, i pewne pokolenie nielubiące zmian musi, że tak powiem, ustąpić.

    Z drugiej strony mnie – jako starego programistę – nieco to dziwi. Systemy pluginowe były znane mniej więcej od zawsze, a przynajmniej od bardzo dawna. Właściwie wśród programistów pokutuje, że jeśli Cię coś w środowisku programistycznym wkurza znajdź plugina, albo napisz. Firefox od zawsze działał z pluginami, ale jednak z jakiegoś powodu aplikacje konsumenckie rzadko były pisane „pluginowo”. Być może chodzi o sposób dystrybucji („appstore/add-on center firefoxa”) a być może o to, że programistom szybko i łatwo pisze się rozwiązania i mogą oni liczyć na stosunkowo duże pieniądze, jeśli aplikacja się sprzeda. Na pewno chłopaki w jabłku rozkminili to wyjątkowo dobrze, bo wszyscy są zadowoleni… Ciekawe, czy to już wszystkie zmienne, mnogość funkcjonalności, łatwość ich wyszukiwania, łatwość instalacji, wspólna platforma użytkowa, łatwość aktualizacji i backupu…

    pozdrawiam
    pan_dziekan

    Opublikowano PRzemyślenia | Otagowano , , , , , | 3 komentarzy

    Let’s watch football dear:)


    Załóżmy, że żyjemy w dziwnym świecie, kiedy to o pilota od telewizora kiedy leci mecz musimy walczyć z dziewczyną/kochanką/żoną bo ona chcę obejrzeć inny mecz… Nie pozostaje nic innego jak polec z godnością i powiedzieć – to ja obejrzę w barze. Pójdźmy jeszcze dalej. Wyobraźmy sobie świat, w którym nasza lepsza połowa woła – przynieś piwo i chipsy bo mecz się właśnie zaczyna… Brzmi nieswojo? Otóż proszę ja Was to jest tutaj zupełnie normalne.

    Normalne – jestem fanem piłki nożnej. Kibicuje manchesterowi United mniej więcej o kiedy miałem 8 lat i mniej lub bardziej świadomie tata zaczął oglądać ze mną mecze, a ja dowiedziałem się dla kogo gra Cantona. Dla wszystkich tutaj też jest to oczywiste ponieważ jestem europejczykiem więc muszę lubić piłkę nożną, bo wszyscy europejczycy są CRAAAAAAAAAAAAAAAAZY na punkcie piłki nożnej. I wszystko byłoby fajnie, gdyby to nie był sport, w który grają tutaj dziewczynki…

    Ameryka oczywiście wymyśliła swoje lepsze sporty, tworzące wielomiliardowe biznesy. W końcu z czegoś/kogoś trzeba ściągać te miliardy żeby giełda rosła i ktoś nowe koszulki kupował, a żarty „watching a game, having a bud” stały się kultowe. Mamy więc NBA, czyli coś co nawet względnie wiemy o co chodzi, bo albo nieudolnie graliśmy w szkole (albo i bardziej udolnie) i fascynowaliśmy się Chicago Bulls jak jeszcze mieli Jordana, NHL – czyli coś co z duża pewnością nie próbowaliśy jak byliśmy mali ale przynajmniej z jakiegoś tajemniczego powodu wiemy o co chodzi oraz takie egzotyczne twory szatana jak NFL – czyli futbol przy użyciu piłki w kształcie… no dobra to nie jest piłka – piłki mają kształt kulisty, to jest przedmiot do rzucania, cechujący się dużą liczbą szybkobiegających, gigantycznych ciemnoskórych mutantów wychowanych na pożywce ze sterydów podlanych hormonami (zwanymi również fastfoodami) i jednym białym gościu rozdawającym piłkę najszybciej biegnącemu ciemnoskóremu, uciekającymi przed swoimi braćmi w razie – ale z innego plemienia (zwanym również z filmów quaterbackiem z jakiegoś tajemniczego powodu przetłumaczonego na rozgrywającego, mimo pełnienia niewątpliwie takiej roli) oraz MLS czyli coś co w ogóle przełożenia niemal u nas nie ma – wyłączając palanta w którego nikt nie gra – polegającego na uderzeniu nasterydowanych, tym razem emigrantów z Kuby i ogólnie pojętej Ameryki Łacińskiej, piłeczki rzuconej przez innego ich krajana, i biegania po rombie dookoła wojtek.

    Gry tak są proszę ja Was sprytnie rozstawione, że niemal się nie przeplatają a w różnych porach roku mamy różne gry – żeby można było przed telewizorem spędzić jeszcze więcej czasu i wsycić do swojej papki zwanej mózgiem jeszcze więcej reklam. Jedne gry są ciekawsze – i nawet mogą budzić w nas jakieś emocje (w moim przykładzie inne zmagania ciemnoskórych, napakowanych typów w których nikt nie lubi LA Lakers czyli NBA) inne są potwornie nudne i do oglądania w ogóle nie zapraszają – baseball.

    I teraz sytuacja niecodzienna – załóżmy że nasza kobieta, nie tylko wie o co chodzi, ale do tego ma jeszcze swoją drużynę…. i to inną niż nasza. Tak wiem, że u niektórych nastąpił stack overflow lub inny wyjątek, bo przecież zwykle albo nie oglądamy meczu (Bo mamy to w dupie i nie jesteśmy kibicami) albo nasza lepsza połówka po prostu pyta kto gra, i którzy to nasi. Czasem w przypływie szczęścia przytuli się może nawet do Nas i przemęczy się powiedzmy przez pierwszą połowę. A tutaj…. tutaj jest wojna.

    Nie dość że trzeba nie raz oglądać dwa mecze naraz, to jeszcze raz na jakiś czas jest mecz pomiędzy drużynami…

    Proszę ja Was nie raz spotkałem się już tutaj z faktem wyciągania mnie na mecz przez dziewczynę, i to najczęściej niestety futbolu amerykańskiego (pewnie jakiś fetysz), choć zdarzyło się i koszykówki. Nawet parę razy poszedłem do sports baru i czułem się jak… nie wiem gdzie. W ogóle sports bary to jest oddzielna instytucja. Ale może o tym kiedy indziej. Pomalowane dziewczyny, które najczęściej widzimy na transmisjach z meczów z zabawnym komentarzem Darka Szpakowskiego są prawdziwe:) i występują w dużych ilościach. Co więcej nie ma żadnego problemu, żeby wziąć dziewczyny na mecz piłki nożnej… Co prawda są najczęściej w podłych porach, ale są retransmisje i zabawa jest podobnie przednia. I wiedzą co to jest spalony!

    Wydaje się, że zaobserwowana różnica pomiędzy zachowaniami kobiet jest raczej formą nabytą niż zróżnicowaniem genetycznym, gdyż zaobserwować można również Europejki kibicujące Giantsom, Yankeesom i innym dziadom…. Być może wynika z jakiś drastycznych różnic w wychowaniu. A może dlatego, że każda cheerleaderka chce chodzić z quarterbackiem… save the cheerleader, save the world.

    Różnica jest jednak duża, aż dziw, że nie opisałem jej wcześniej. Ale uderzyło mnie to w zeszłym tygodniu jak koleżanka z pracy napisała do mnie, żebym wpadł w niedzielę na oglądanie meczu futbolu amerykańskiego… Bo będzie piwo, duży zaciesz i ogólnie dobra zabawa. No i wpadłem… a tam 2 chłopaków i 5 dziewczyn. Sytuacja nie do pomyślenia.

    Sam się musiałem pytać o co chodzi w tych zasadach. Nie znały wszystkiego dokładnie (Ale całkiem dobrze), ale to nie przeszkadzało im cieszyć się jak głupie jak ich drużyna zrobiła TouchDOWN!!!

    U nas świat by się chyba skończył, gdyby nagle tyle samo dziewczyn i facetów zaczęło oglądać mecze. Przecież stracilibyśmy najbardziej „męską” rzecz jaką mamy. I pozostałoby tylko zmienianie kół w samochodzie i naprawa kontaktów. A przecież tego nie można zrobić z kolegami przy piwku w barze…. To znaczy teoretycznie można to zrobić przy piwku… i być może nawet z kolegami. Ale przecież nie o to chodzi…

    i tym radosnym akcentem…. muszę stwierdzić, że zawiodłem się na czerwonych diabłach, które zremisowały z Basel 3 – 3… Za mało kapitału po prostu (ot taki inside joke). A mogłem obejrzeć za 2 dolarki w internecie na FOX. Bo leciało w czasie pracy:(
    pan_dziekan

    Opublikowano New York, PRzemyślenia | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

    Wybory idą… [updated]


    Proszę ja Was dzisiaj moi współlokatorzy oglądali Kevina samego w NYC. A kurde świąt jeszcze nie ma. Pewnie tutaj wszystko jest szybciej:)

    No i wybory idą. Są wybory łatwiejsze – jaki kostium na Halloween znaleźć i trudniejsze – co zrobić ze swoją przyszłością. Naturalnie najlepiej byłoby w moim przypadku mieć elegancki framework, który po zapodaniu odpowiednich wejść zwróciłby jakąś łatwo kwantyfikowalną wartość, na przykład z zakresu 0,1 (żeby była tak elegancko znormalizowana) i można by łatwo porównać alternatywy.

    Niestety życie nie ułatwia, bo łatwo kwantyfikowalne wyjścia (kurde jak przetłumaczyć elegancko słowo output) wymagają najczęściej wejść o podobnej charakterystyce. No i tutaj napotykamy mały klops, bo jak zmierzyć na przykład oczekiwaną satysfakcję z pracy, albo ogólnie pojęty zajebizm zespołu z którym będziesz pracował, albo to że w firmie jest automat z mortal kombat:)

    Żeby wszystko jeszcze bardziej sobie skomplikować dochodzi zastanawianie się, kiedy tak naprawdę chciałbym wrócić do kraju, bo ja naprawdę nie chcę się osiedlać w tym mieście. Jest fajnym doświadczeniem, można się od niego dużo nauczyć, zobaczyć parę fajnych sztuk, ale jak wiadomo jak nie ma serca, to i dusza nie chcę się za bardzo cieszyć.

    Korporacja od jakiegoś czasu już przestała mi się tutaj sprawdzać. I znowu na korzyść wychodzi ojczyzna i bynajmniej nie przez idealizowanie. Mój team w Polsce był po prostu zajebisty, zadania były ciekawsze (choć kupa też się zdarzała) a szef ogarnięty jak nikt. I były ciekawe problemy do rozwiązania. Tutaj… cóż tutaj jest trochę inaczej.

    Serce też nie sługa i chciałoby mieć w tym wszystkim coś do powiedzenia, i nawet racjonalnie myśląc typ jak ja zaczyna myśleć nieracjonalnie od czasu do czasu.

    Męczylem się więc w pracy, mój umysł nie był zaangażowany na takim poziomie na jakim oczekiwałem, że będzie zaangażowany. Nie po to napisałem ileś tam tych postów o tych startupach, żeby coś z tym nie zrobić. Otóż zrobiłem. Zaaplikowałem do jednego z najgorętszych obecnie na rynku, nie wierząc za bardzo że dam radę. Nigdy przecież nie pracowałem w .com ie, które są jednak trochę innym rodzajem aplikacji z którymi miałem do czynienia. Po rozmowie z CTO jednak zostałem przyjęty. TEam jest świetny, żarcie za darmo a w biurze mam na ścianie gościa z Big Lebowskiego. I tak developerzy w tej firmie są najważniejszymi gościami – bo to oni kreują produkt, wymyślają featury i generalnie robią dobrze. Kultura inżynieryjna, nastawiona na efektywność, pozbawiona (przynajmniej w pierwszych rzutach okiem) polityki, z którą radzę sobie dość średnio.

    Ale przecież nie może być za łatwo, była opcja druga. Lukratywniejsza – dużo, wielka nazwa w CV, mądrzy ludzie w pracy, branża finansowa oczywiście. Niestety godzinę pociągiem trzeba by dojeżdżać, ale prestiż wielki, obowiązki też świetne, rozwój murowany. Przyszłość niemalże świetlana. OCzywiście również duża niepewność, baaaardzo specyficzna kultura, do której trzeba się dostosować albo odejść. Obydwie firmy bez szemrania powiedziały że sponsoring wizy nie jest dla nich problemem, tylko trzeba coś wybrać.

    Zawsze myślałem, że zmiana jest dobra. Lepsza niż zostanie przy złej opcji. Ale wybór wcale nie jest taki dobry. Wybór jest stresujący. W tym przypadku mnie porządnie zestresował, bo tak naprawdę decyduje o mojej przyszłości. A ja jednak muszę kiedyś w końcu zacząć się decydować na rzeczy, które mi tą przyszłość zbudują. Przyjaciele mogą Ci pomóc, zaoferują jakiś wgląd, rzucą ciekawe obserwacje, albo i nie. Mentor, ktoś komu ufasz powie Ci jak jest naprawdę, sprowadzi Cię na ziemie, rzuci potencjalnymi konsekwencjami. Rodzice jak zwykle powiedzą coś ciepłego, ale … koniec końców z wyborem zostajesz Ty.

    I wybrałem. Nie jestem zadowolony z siebie, że wybrałem irracjonalnie. że tym co przeważyło było coś co jest niemierzalne. Wybrałem coś, co większość mi odradzała. Nie wybrałem… typowej kariery. Ale nie będę mógł mieć przez to do siebie pretensji jak nie wyjdzie. Z drugiej strony nie spodziewałem się też takiej reakjci firmy, której odmówiłem. Była pełna szacunku, gdy odpowiedziałem dlaczego, były nawet pytania o kontakt w przyszłości. A nie musieli nawet pytać.

    Z początkiem października zrzucam więc garnitur (choć ja naprawdę lubię chodzić w koszulach), zakładam dżinsy i t-shirt (co ciekawe w obydwu opcjach miałbym takei możliwości), zakasuję rękawy i idę doświadczać .com bubble. I wiecie co…. nie mogę się doczekać. Będę mógł pracować z 15 gigowych cachem, robić data mining na potwornej ilości danych i tweakować SQL Servera. Będę budował produkt, coś czego nigdy w życiu nie robiłem. Będę patrzył jak się robi biznes – real time! Będę decydował o wyborze technologii, i musiał zarządzać zespołem… A jak coś nie działa to po prostu będę mógł to naprawić – a nie wypełniać milion formów… Konsultant turned tech lead.:) I te oczy ludzi tutaj… ale jak to będzie programował… W ogóle umiesz programować.. tak dobrze. Tak KUR@!@ umiem zrobić więcej niż pobrać wymagania i narysować skomplikowany diagram w Visio. Bo ja naprawdę wiem jak się takie systemy robi, a nie tylko czytałem…

    Czy wybrałem dobrze czy niedobrze – okaże się w przyszłości. Może krótszej, może dalszej. Wiem natomiast jak strasznie zatęsknilem do domu i do rodziny i przyjaciół. I tego, że naprawdę fajne rzeczy robiłem w Polsce. Gdyby jeszcze mi się tę ambicję udało wyłączyć, to pewnie byłbym zadowolony z życia. A tak jestem głodny więcej. Wiem, że jak wybrałem, to napięcie opadło. Nie było żałowania, nie było stresu. Czyli wybrałem chyba … zgodnie ze sobą.

    Nie silę się powiedzieć, że inni – nawet programiści – jak będą mieli podobny wybór – co im doradzić. Bo uważam, że obydwa wybory są…. dobre. I tylko indywidualna suma preferencji, wyglądów na przyszłość i awersji do ryzyka może spowodować co wybierze. Wiem tylko, że o podobne doświadczenie w Polsce byłoby niezwykle trudno, i to doświadczenie jak kiedyś wrócę wcale może nie zostać docenione. Co też jest ryzykiem. Ale no risk… no fun.

    I kostium na halloween też wybrałem. Będzie świetny. Jako, że jestem w tym kraju, to nawet nie będę miał skrupułów świętować tego amerykańskiego święta:) Komercha, komercha, ale popatrzeć jak ludzie śmieją się z siebie przebierając się za najróżniejsze idiotyczne rzeczy – myślę, że będzie fajnie.

    I najgorsze jest to, że jeszcze nie wiem czy wybrałem długo czy krótkoterminowo… Bo moja pompa w klatce piersiowej mówi, że niedlugo trzeba będzie zakończyć przygodę i wrócić do normalności.

    ale póki co, można się cieszyć – pierwszy Polak w ZocDoc , 10 inżynier, pierwszy lead. Czas zmienić trochę świat – nawet jeśli będzie to mało:)
    No i wybory idą, znowu trzeba będzie wybrać mniejsze zło czyli 665 idąc za popularnym żartem.
    pan_dziekan

    p.s. ale pewnie Pana Boga za nogi złapałem, bo trzeźwo nie oceniam sytuacji. I w jednym i w drugim dużo pracy gwarantowane i oczekiwane. Profil zadań różny, choć na pewnym poziomie abstrakcji podobny. I nikt mi tutaj za darmo nic przecież nie da. Z drugiej strony, jak się pokaże pazur i ogólne ogarnięcie to przynajmniej można liczyć na nagrodę. A jak się coś rozpadnie, cóż – dobrych programistó będą potrzebować zawsze i wszędzie:)

    Opublikowano New York, PRzemyślenia | Otagowano , , , | 6 komentarzy