Fotografie i hackowanie


Mój umysł, choć oczywiście ma więcej niż dość rzeczy nad którymi powinien się teraz zastanawiać (jak zdobyć klucz do bety Diablo III….) z jakiegoś powodu dużo ostatnio spędził nad tematem, czemu jest tyle świetnych i pięknych zdjęć Nowego Jorku. Dlaczego te obrazy Empire State bldg i brooklyn bridge i downtown są tak obecne w naszych głowach, a panoramę pewnie każdy w życiu widział.

Niemałe znaczenie w tym na pewno miały wydarzenia z 11 września, ale przecież nawet wcześniej o NYC wszyscy mieli zdanie, że to jest miejsce, które chciałoby się zobaczyć. Oczywiście filmy też mają znaczenie, bo w tym mieście nakręcili tyle filmów, że hoho podobnie jak wiele filmów opowiada o tym mieście w sposób idealistyczny, mniej idealistyczny, ale opowiada.

Wszelako jednak zdjęcia. Zdjęcia robią tu wszyscy i turyści (to wiadomka) ale głównie ludzie tutaj zamieszkujący (czego jestem jakimś tam również przykładem). Wiadomo, że ilość fotografów na metr (pardon stopę) kwadratowy przekracza pewnie zapisy konwencji ONZ i zapewne jest najwyższa na świecie. Może wynikać to z faktu, ze modelek pewnie tutaj też jest najwięcej na świecie, ale zdjęcia robi bardzo dużo osób.

Idąc przeciętną ulicą, nieważne o której porze dnia czy nocy, można być prawie pewnym, że znajdzie się kogoś z aparatem (najczęściej SLRem), ze statywem albo i bez fotografującego coś interesującego. Jest tyle galerii, inicjatyw fotograficznych, że ludzkie pojęcie przechodzi. A ponieważ część z tych zdjęć jest naprawdę zapierająca dech w piersiach i myśli się WOW, to robi to dodatkowy dobry PR temu miastu…. Które znowu jakieś niewiadomo Piękne nie jest. Oczywiście mosty są…, art-deco jest central park jest. Ale zdjecia jakiś kawiarni, miejsc street artu, budynków Soho są interesujące dlatego, że ktos miał ciekawy pomysł na zdjęcie, uchwycił coś ciekawego etc. A wiadomo, że jest większa szansa na uchwycenei czegoś ciekawego, jeśl w mieście średnio wykonuje się 1000 zdjęć na sekundę na kilometr kwadratowy (liczba wzięta totalnie z powierza ale coś o tym wiemy) niż na przykład 20 w tej samej mierze. Ludzie potem te zdjęcie publikują na flickerze, picasie czy innym czymś, potem to shareują, ludzie to sharują dalej, tweetują… i nagle wszyscy wiedzą jaki to NYC jest piękny. W dzisiejszych czasach, jak coś się komuś spodoba, to nagle podoba się połowie świata, więc efekt jest nieźle potęgowany.

Dlatego tak sobie myślę, że taka Nasza Warszawa, ktora może najpiękniejsza nie jest, ale posiada sporo fajnych miejsc, które można by obfotografować i pokazać. Ja wiem, że coraz więcej ludzi wychodzi z aparatami i fotki strzela, ale jak by jeszcze większą chęć w naszym narodzie dzielenia się i przekonania o wartości, żeby Polskie miasta były bardziej i ciekawiej fotografowane.

Bo tu gdzie nie wejdę, czy to na foursquare czy gmaps, zdjęcia zawsze się pojawiają, widziałem dziesiątki stron, które mówią gdzie się udać żeby zrobić naprawdę udane zdjęcia NYC, czy to skylinu, czy po prostu jakiś ciekawych obiektów, więc coś w tym jest.

Oczywiście to wszystko ma bardzo duży związek z artystyczną kulturą tego miasta, gdzie przyszłych niedoszłych artystów jest całe multum i muszą się oni jakoś wyrażać. Co ciekawe nie zauważyłem zbyt dużo pracowników korpo, którzy lubią sobie coś cyknać po godzinach (w przeciwieństwie do Polski na przykład), ale i tak jest naprawdę nieźle. Zresztą czytałem ostatnio, że ludzie strzelają zdjęć coraz więcej, a archiwum facebooka zawiera już setki miliardów zdjęć… Więc rodacy… do aparatów, zróbmy trochę dobrego PRu;)

W jeden z weekendów wybrałem się równiez na coś co nazywa się Hackathon. Polega to proszę ja Was, że spotyka się pewna ilość typów, którzy chwalą się że umieją programować, po czym dobierają się w zespołu i idą… programować. W sumie nigdy nie byłem na czymś takim, a chciałem spróbować. Even trwał co prawda od piątku wieczorem do niedzieli, ale ja akurat nie zamierzałem na hackowanie tracić całego weekendu.

Myślałem, że wśród programistów nie ma konkursów piękności, okazuje się, że jesteśmy jednak w NYC, gdzie oczywiście musi być coś podobnego. Więc hackerzy prześcigają się w mówieniu, która z obecnych technologii (nazw nawet nie pomnę bo czułem się neiźle zacofany) jest teraz najbardziej cool i w ogóle, pokazywali swoje błyszczące macbooki pro… Widać, już że jest rynek na za drogie kompy o ładnym designie. Raz na jakiś czas i ja byłem spytany na czym się znam, to odpowiadałem, że windows Stack i trochę pythona to patrzyli na mnie jak na niechcianego wyrzutka. Większość tych programistów COOL technologii okazują się jednak dość ograniczeni i tak naprawdę nie umieją już napisać standalone programu, względnie optymalizacja bazy danych to już sprawy bardzo dalekie. Udało mi się jednak znaleźć paru .netowców, z którymi mogłem kilka uwag wymienić.

W międzyczasie oczywiście pytano mnie skąd jestem, a jak odpowiadałem, że z Polski to z niemałą dumą słyszalem, że mamy naprawdę dobrych programistów (każdy jak pracował z jakimś Polakiem, to miał dobre zdanie;D). O dziwo chociaż branża techniczna przepełniona jest potomkami buddy koloru brązowego, na hackathonie takowych było mało, co tylko wpasowuje mi się w obraz tego, że oni programistami są, ale pasji to w nich nie ma.

I chyba pierwszy raz widziałem parę programistów… i byli bardzo ucieszeni (i nawet byli hetero;D):)

Zdecydowaliśmy się na szybko zrobić jakiś mały serwis parsujący różne feedy społecznościowe i ustawiający je w Timeline, by sobie przećwiczyć MVC 3, jsony i inne historie. I muszę przyznać, że C# jest zajebisty, bo większość tych rzeczy robi się naprawdę szybko. Podczas gdy inne teamy tam integrowały railsy z couchDB i zastanawiały się na architekturą, my zrobiliśmy to co chcieliśmy, chłopaki chcieli tam jeszcze popracować nad interfejsami… ale mi się sobota kończyła. Okryliśmy parę fajnych featureów, znaleźliśmy buga w MVC (nie raguje na timeouty) i ogółnie happy coding;)

Oczywiście taki hackathon, poza tym, że jest ciekawym doświadczeniem pozwalającym spojrzeć na Twoje Rapid Application Development skills z zupełnie innej perspektywy, jest też eventem na który przychodzi mnóstwo rekruterów, którzy chcąć przyciąć trochę swojej prowizji. W sumie trzeba się dobrze umieć odizolować o tych naganiaczy (Mój python jest szybszy na moim Macu) i robić po prostu swoje.

Co prawda to wydarzenie miało miejsce akurat w hacie w NYC, ale już na pewno pojechać do San Fran na taki event byłoby przyjemnie. Zwłaszcza jak na przykład firma by zapłaciła.

a następny post o wyborach życiowych..
pan_dziekan

Reklamy
Opublikowano New York | Otagowano , , , , | 2 Komentarze

Plakałem jak Mufasa umierał


Sezon odwiedzin ma się ku końcowi, podobnie jak lato. Jest to mój pierwszy rok na obczyźnie, wszyscy jeszcze mnie pamiętają to i przyjeżdżają w odwiedziny. Pewnie liczba ta będzie maleć wraz z każdym rokiem jaki tu jestem.

No ale nic, Bohdan i Guli wyjechali już ode mnie i wedle wszystkich sygnałów udało im się bezpiecznie dojechać do domu. Dwa tygodnie, które tutaj spędzili można określić najlepszymi dwoma tygodniami tych wakacji, gdzie śmiechu nie brakowało, alkohol smakował jak nigdy, historie nigdy nie były tak epickie, a późne drafty w magica siadały jak złoto:)

W ostatnim dniu ich pobytu postanowiliśmy zrealizować sobie jeszcze jeden cel: przypomnieć sobie jedną z najlepszych bajek w historii, zobaczyć jeden z najsmutniejszych momentów w historii kina, gdzie nawet najwięksi twardziele mają łzy w oczach – teatralną adaptację Króla Lwa.

Czailiśmy się na tę sztukę mniej więcej od tygodnia. Wystawiana jest już od 14 lat i ludziom nadal się nie znudziła. Ja rozumiem, mieć kopię króla lwa ściągniętą (pardon kupioną na netflixie) i od czasu do czasu w melancholijnych momentach życia sobie przypomnieć, ale żeby cały czas do teatru na to samo…

Zniżek studenckich nie ma (więc nie mogliśmy udawać studentów), zniżek dla kombatantów też nie (moglibyśmy z jakiejś imprezy wrócić przecież ciężko doświadczeni przez los i tym sposobem udać kombatantów), nawet dla członków rodziny królewskiej (przynajmniej oficjalnie i tak pewnie wchodzą za darmo). Hackowanie portali internetowych w poszukiwaniu kuponów i kodów zniżkowych też nie przyniosło skutków. Co prawda akurat w przyszłym tygodniu zaczyna się broadway week gdzie można kupować bilety 2 w cenie jednego, jednak temporalna ciągłość wydarzeń uniemożliwiała nam zastosowanie tego wybiegu (chociaż Bohdan już tu kminił jak by użyć jakiś kwantowych efektów, w celu przekonania pani w kasie, że to jednak ma sens sprzedać nam bilety z przyszłego tygodnia na spektakl w tym tygodniu). Koniec końców musieliśmy zapłacić full-price.

Biletów oczywiście było tyle co kot napłakał, bo inni napaleni turyści lub fetyszyści króla lwa zdążyły już zarezerwować jakieś 90% teatru, niemniej jednak udało się nam wyrwać jakieś w miarę godne miejsca (Co prawda nie w tzw. orkiestrze ale na balkonie tzw. mezzanine ale i tak widoczność była dobra).

Potem wystarczyło stawić się o godzinie drugiej w sobotę (nawet nie wyobrażacie się jak wcześnie wypada druga w sobotę w porównaniu do zwykłych dni tygodnia. Normalnie ten tekst powinien znaleźć sie w przypisie, jednak forma blogowa nie ma przypisów:D. W jakiś trudno wytłumaczalny sposób, większość sobót zaczyna się o godzinie 12 zamiast jak każdy dzień 6-7 za wyjątkiem niedzieli. Istnieją teorie mówiące, że czas jest niejednorodnie rozłożony w tygodniu, i skrócenie następuje głównie w godzinach 12-6 am w sobotę, kiedy to nie wszyscy ludzie potrafią przespać 6 godzin…. Przekonujące badania nie zostały jednak opublikowane).

Jakimś cudem udało się nam pojawić nawet 15 minut przed spektaklem. Teatr robi naprawdę duże wrażenie całkiem monumentalnego miejsca. Oczywiście naokoło milion ludzi również próbuje wejść na ten sam spektakl co ty, co wcale nie ułatwia zajęcia miejsc. Jak w każdym szanującym się teatrze na broadwayu wszędzie porozstawiani są kontrolerzy ruchu, którzy nieznającym sprzeciwu głosem proszę Cię o bilet i wskazują dalszą drogę. Jeśli z jakiegoś powodu wybierzesz inną drogę, telepatycznym sposobem, nawet będąc odwróceni wyczuwają to i (bez podnoszenia głosu ale już z lekką irytacją) mówią Ci, że powinieneś iść gdzie indziej. Jeśli akurat chciałeś iść do toalety i zobaczyłeś znak i pech chciał, że jest w przeciwną stronę musisz użyć jakiegoś fortelu by pójść w stronę gwarantującą ulgę. Sprawę dodatkowo utrudnia fakt, że kontrolerzy ruchu usadowieni są dość gęsto (nawet pomimo dużej ilości tabliczek mówiących gdzie iść) i jeśli sprawisz wrażenie zagubionego (zawracając na przykład) natychmiast do Ciebie podbiegną oferując pomoc. Wobec takiej niegodziwości pozostaje jedynie przyznanie się do potrzeby fizjologicznej. Kontroler ruchu oczywiście nas skieruje w będący przed naszymi oczami znak toalety, po raz kolejny robiąc z nas idiotę. Cóż jakie państwo, tak można się czasem pomóc – dosłownie prowadzonym za rękę.

To co przyszło po 14:15 …. wbiło nas w fotele, urwało organy płciowe, spowodowało permanentne rozwarcie żuchwy i kilka innych typowych reakcji na podziw. Szoł jest zrealizowany perfekcyjnie, pod względem efektów specjalnych i kostiumów, wrażeń wizualnych jest absolutnie najlepszym teatrem jaki w życiu widziałem. Warto przed obejrzeniem jej przypomnieć sobie film i jak wyglądały poszczególne sceny, by docenić kunszt i mistrzostwo ludzi, którzy zrealizowali to w teatrze. Jeśli na przykład myślicie, że scena gdy do Simby mówi duch Mufasy z chmur to jakaś lipa typu rzutnik albo coś takiego to szczerze was to zaskoczy. MAJSTERSZTYK. Naprawdę czuje się jak by się oglądało bajkę o zwierzętach w kinie graną przez prawdziwych aktorów. JEst dużo aspektów komediowych, Timon i pumba i zazu są tacy jak trzeba, słynny żart o płonących kulach gazu jest, a z hien śmiejemy się tak samo jak zawsze. POLECAM (zawsze można zobaczyć go bliżej w Londyńskim West Endzie). Co prawda scena śmierci Mufasy nie jest tak przejmująca jak na filmie (a moża się stałem znieczulony) ale sztuka chwyta za serce jak film (circle of Life i Can You feel the love tonight są wykonane perfekcyjnie).

Wyszliśmy z teatru oniemieli.. ale jednak z deczka przygłodni. Czasu było mało, a chłopakom nie podobała się ewentualna perspektywa przedłużenia pobytu (głównie Gulemu, który już po prostu nie mógł się doczekać kiedy będzie mógł wrócić do pracy) uderzyliśmy jednak do Hidden Burger Jointa (bez skojarzeń) na best burger in NYC (dyskusyjne, ale na pewno top5). Posileni w tym kultowym miejscu musieliśmy wrócić do domu zakończyć tę epicką 2 tygodniową wycieczkę.

Pozostało po niej wiele pytań, które być może nigdy nie doczekają się odpowiedzi:
– dlaczego na podłodze jest tyle śladów kółek od deskorolek
– co się stało w czwartek pomiędzy 2 a 5:30
– jakim cudem weszliśmy do jednego z najlepszych klubów NYC będąc w składzie 4 typów i jedna (piękna co prawda) kobieta
– jakim cudem Vinny trafił tam do VIP roomu i rozlewał wszystkim szampana
– co znajduje się na aparacie na zdjęciach, które zostały skasowane
– czy Bohdan jest nowym mistrzem tańca nowoczesnego

Pełni pięknych wspomnień udaliśmy się na Path station gdzie po męsku powiedzieliśmy sobie nara i pozostało a w powietrzu pozostało pytanie… Czy wpuszczą ich do samolotu z różową deskorolką przyczepioną do plecaka?

pan_dziekan

p.s. na część pytań udało się drogą dedukcji uzyskać odpowiedzi. Publicznie można jedynie przyznać, że Bohdan prawdopodobnie jest tajnym mistrzem tańca nowoczesnego. Prawdopodobnie w naszych kręgach kultowa stanie się fraza Shit Happens oraz Shit overflow… ale to temat na zupełnie inną historię.

2 p.s. żeby nie było, 2 tygodnie były naprawdę bardzo kulturalne (z dopuszczonymi przez konwencje genewską przerwami), a chłopaki każdego dnia ze zwiedzania wracali zmęczeni i udało im się zobaczyć większość atrakcji nowego jorku, na niektóre jednak oczywiście brakło czasu. I bardzo fajne była reinkarnacja idei czasów studenckich piwo + magic, które przywołało wiele wspomnień z czasów aktywnego grania w magica i team Inquisition – bez którego nomen-omen byśmy się z Gulim i Bohdanem nie poznali

Opublikowano DZiwne, New York | Otagowano , , , , | 1 komentarz

Roger, Novak i inne historie


Ostatnio mój apartment przypominał obóz uchodźców z Europy wschodniej. Przez miesiąc regularnie poza osobami zamieszkującymi tam w miarę na stałe, znajdowało się tam od 2 do 4 dodatkowych osób. Nie żeby sprawiało mi to jakiś problem czy cós (wymienia się na coś), jedynie prowadziło do zwiększonego stopnia burdelizacji mieszkania i znacznie zwiększonej konsumpcji alkoholu. Ale czego innego można było się spodziewać jak w nowym jorku znajdzie się większa ilość młodych ludzi na niewielkiej przestrzeni:) (jeśli ktoś myślał, że zaczną zakładać biznes to dziekujemy wiary w nas:D)

Fakt faktem, że w ciągu ostatnich dwóch tygodni mieliśmy do czynienia z US Open. Udało się skorzystać z okazji i udać się na 4 rundę tego turnieju w bardzo przystępnej cenie 50 dolarków. W tej cenie dostaliśmy zupełnie przyzwoite miejsca na koronie i możliwość obejrzenia dwóch meczy: Federer vs Monaco i Kuzniecowa vs Woźniacki.

Stadion Artura Ashe’a robi naprawdę wrażenie, a cały turniej jest zorganizowany perfekcyjnie. Gdyby jeszcze jedzenie nie było tak potwornie drogie. Z racji bardzo daleko posuniętych związków patriotycznych kibicowałem Karolinie, chociaż widać było, że większość ludzi pryszła tu na Rogera. Mecz kobiet trwał ponad 3 i pół godziny i po prostu wszyscy nie mogli się doczekać. A że na stadion zamiast o 19 weszliśmy o 20 (bo Tsonga nie mógł się rozprawić z Marty Fishem) to zaczęło się robić później. Za kobiecym tenisem można spokojnie nadążyć i łatwiej można analizować ich grę, nawet jeśli się jest laikiem takim jak ja. Po ponad 200 minutach walki Svetlana w końcu nie dała rady i na stadionie rozległy się brawa. Co ciekawe w trakcie meczu wielokrotnie dało się słyszeć „Dawaj” i inne polskie zachęty skierowane w kierunku Dunki. Czyli na meczu byli Nasi:)

Potem na stadion przywitany wielkimi brawami wtoczył się Roger. Widać, kto ma tutaj publiczność za sobą. Monaco nie wiedział nawet co go trafiło. Rozstał rozjechany przez perfekcyjnie naoliwioną szwajcarską machinę. 3 sety w nieco ponad godzinę… Przy okazji pokazała się gigantyczna różnica pomiędzy męskim tenisem i kobiecym. Szybkość z jaką Roger przemieszcza sie na korcie i jak piłki latają jest … zatrważająca (podobnie było w finale). W czasie ostatniego gemu (jak już prawie wszyscy wyszli) mieliśmy możliwość zejścia na miejsca w lożach (takie po 1000 i więcej baksów) i zrobić zdjęcia bohaterom. Loża przy samym korcie, przy której można dostać autograf od tenisisty jest jednak przedmiotem walki na śmierć i życie, a sam moment zdobywania autografu przypomina zapewne podziemne walki wa Bangkoku albo przynajmniej fight club. Jako, że akurat zapomniałem ochraniaczy na wrażliwe miejsca i czytałem nie dawno Sun Tzu stwierdziłem, że wybiorę swoje walki i tej akurat nie wybrałem;)

I chociaż na meczu było ponad 20 tysięcy ludzi udało się ich jakoś wsadzić do metra bez większego problemu. Nikt się nie pozabijał, pociągi jeździły płynnie i były w dodatku ekspresowe, więc z Flushing (które jest DAAAALEKO) do herald square dostaliśmy się w jakieś 20-25 minut. Godna podziwu organizacja. Jeśli, ktoś więc w przyszłym roku planuje mnie odwiedzić – polecam wrzesień (początek) pogoda dobra a i na tenisa można iść:)

Z innych pprzyjemności życiowy wartych wspominania, rozbijamy się trochę ostatnio po restauracjach. PRzez turystów przebydwających u mnie musimy głównie chodzić na burgery i pizzę;) I właśnie może o tych ostatnich dostarczycielach dużej ilości tłuszczu i uśmiechu na twarzach konsumujących napiszę. Otóż wśród set pizzerii w NYC warto wspomnieć moim zdaniem trzy: Harry’s, Adrienne’s i Lombardi’s. Wszystkie poza czarująco włosko brzmiącymi nazwami oferują świetną (i nie tak tanią) pizzę wraz z dobrami towarzyszącymi (piwem, winem i drinami).

Jeśli pragniecie megaprzyjemności ciastowej: Harry’s i (do pewnego stopnia Lombardi). W sosie absolutnie króluje Lombardi, poza tym jest perfekcyjnie chrupiąca na bokach, jak również otoczenie restauracji jest klasycznie nowojorskie a i tłum nie jest jakoś bardzo wysublimowany. Ot ludzi przyszli na zajebistą pizzę. Wreszcie adrienne, które ma moim zdaniem najlepsze toppingi, zawsze doskonałej jakości i ogólnie mnie przynajmniej smakuje najlepiej. Mógłbym spokojnie przerzucić się na dietę pizzową, gdyby nie to, że ta pizza starcza na 3 osoby i kosztuje koło 25-30$:D Wróciłbym więc w formie pączka i musiałbym zacząć stosować jakąś dietę, albo jeszcze zacząć biegać, co byłoby moją osobistą życiową porażką:)

W międzyczasie wczoraj świętowali 10-lecie zamachów na wieże. Rozumiem, że wydarzenie jest świeże i zmieniło świat (częściowo przez ustawy, a częściowo absurdalne przepisy bezpieczeństwa na lotniskach), ale ilość „We will remember” i „We will stand strong” świadczyła moim skromnym zdaniem o zbytniej egzaltacji jednak. Prezydenci przyjechali, jakieś tam zgrzyty były, kogoś zaprosili, kogoś nie zaprosili, flag było wszędzie dużo. Cóż nie moje państwo, nie do końca rozumiem to co się tutaj działo, nie będę sie jednak źle wypowiadał, bo jednak była to wydarzenie o niespotykanej skali, które pochłonęło ileś istnień ludzkich (i na pewno skutkowało wielokrotnymi wypłatami z ubezpieczeń, i jak znam życie wielką ilością pozwów: bo stałem obok). A że nei jest to blog polityczny to spraw tych komentować nie będziemy.

Z zupełnie innej beczki nie do końca polecam musical Priscilla, Królowa pustyni… szow o drag queens, który z pewnością nie wykorzystał komediowego potencjału (albo ja nie rozumiem żartów o gejach:P), piosenki naturalnie bardzo dobrze, scenografia również, ale czego jak czego się spodziewać się tego po broadwayu chyba można. PErk dla dziewczyn: dużo dobrze zbudowanych klat i płaskich brzuchów na męskich adoniskach w ilościach dla mnei zbyt wielkich;)

pan_dziekan

Opublikowano New York | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Za czym kolejka ta stoi?



Witamy w kolejnym odcinku naszej audycji: nie z (polskiej) tej ziemi. Dzisiaj zajmiemy się dziwnym fenomenem związanym z butami. Jak powszechnie wiadomo w NYC można kupić dużo rodzajów butów, znanych głównie z serialu o 4 przyjaciółkach, które intensywnie eksplorowały łamanie szóstego przykazania (przy czym wszystkie były dość bogate):)

Właściwie Nowy Jork (a właściwie manhattan) jest wytworem chorych snów pijanego szewca, który uwielbiał jeść. Gdzie się nie pójdzie można znaleźć sklep z butami albo restaurację/bar. Kobiety w tym mieście nabywają niezwykłych umiejętności nawigowania pośród tłumów w 12cm szpileczkach, będąc zdolnymi do pokonania 100m poniżej 14 sekund oraz użycia szpilki jako noża wojskowego, gdyby poczuły się zagrożone.

Żeby nie być jednak seksistowskim, faceci tutaj też w buciksach pobiegają. Najgorsze jest to, że potrafią rozmawiać o tym z innymi gościami przez dłużej niż 6 sekund, a nawet chwalić się jaką to ostatnio zajebistą okazję kupili. Musi to być jakiś syndrom tego miasta, że nie jest to uważane za przejaw niezdorwych zainteresowań, a na nawet powszechnie uznawane za w dobrym guście.

Cóż ja jako dumny posiadacz guścika a nie gustu a nawet bezguścia interesują się tym tematem mniej niż sztuką późnego baroku w dolnej Saksonii. Niemniej jednak spotkała mnie ostatnia sytuacja, że tematem butów się troszkę zainteresowalem. Otóż wracałem sobie lekkim krokiem, późnym wieczorem (koło północy) do domu z manhattanu i akurat zahaczyłem o Herald’s square. Ten plac jest o tyle znany, że znajduje się przy nasłynnniejszym Macy’s po drugiej stronie jest sklep Victoria’s Secret a zaraz obok widać Empire State Building. Dodatkowym, i może najważniejszym dla mnie, miejscem na tym placu jest wejście do Path to NJ, które w prosty sposób doprawadza mnie do domu.

Zwykle plac o tej godzinie jest dość pustawy i można zobaczyć duże ilości taksówek przejeżdżających w okolicy. Tym razem obok wejścia do metra stała gigantyczna kolejka ludzików zaczynająca się około pół przecznicy wcześniej. Ponieważ wiedziałem, że w okolicy nie ma żadnego applestore, oraz Steve nie uraczył nas ostatnio żadnym nowym rewolucyjnym urządzeniem, wydało mi się to dość dziwne. Wiadomo, stanie w kolejkach po rzeczy apple nie jest już trendy, najlepiej komuś zapłącić, tutaj jednak tłumek wyglądał dość ciekawie.

Cechą wspólną ludzików uczestniczących w tym wydarzeniu był fakt, że wszyscy wyglądali na skejtów pochodzenia afroamerykańskiego lub latynoamerykańskiego i prawie bez wyjątku nosili czapki, spodnie zawieszone w okolicy kolan i obszerne bluzy chowające zapewne deskę, zapasowe kółka i ochraniacze na wszystkie części ciała. Kolejka ciągnęła się przez pół avanue (ponad 100-200 metrów) i zakręcała do metra gdzie jeszcze spokojnie stało paruset typa. Ponieważ tego dnia byłem w wyjątkowo żądnym przygód humorze (możliwe że moją śmiałość wzmocniły 3-4 browarki skonsumowane wcześniej z teamem) wyruszyłem na poszukiwanie początku kolejki. Mijając po drodze wielu przyszłych raperów z queens, a może i przyszłego banksego z ciemną karnacją odnalazłem szczęśliwców na początku.

Czując rispecta przed ludźmi będącymi pierwszymi (jak również lekko śmiesznie pytając w garniaczku typa w skate stajlu) zapytałem „Za czym kolejka ta stoi”. Mój rozmówca spojrzał na mnie z lekkim politowaniem, ale również zrozumieniem (skąd biały żołnierzyk korporacji może to wiedzieć) i rzeczowo wytłumaczył mi, że jutro o 9 przychodzi NOWA KOLEKCJA SNEAKERSÓW. I będzie limitowana edycja. I to jest bardzo ważna limitowana edycja. Różni się od zwykłej tym, że ma inne kolory niż zwykła.

Po lekkim szoku związanym z przyswojeniem tej informacji, podziękowałem koledze i udałem się do domu. PRzecież nie takie rzeczy ….

Oczywiście, jak widać zarywanie nocy, żeby kupić trochę inne buty niż wszyscy, żeby się dumnie pokazać na dzielni, jest pewnie zajęciem dobrym jak wszystkie – na przykład granie w magica;) więc nie mam żadnej ochoty tego oceniać. Tym niemniej …. temat troszkę mnie zastanowił. Ponieważ nic w tym mieście nie dzieje się bez udziału wyższej siły sprawczej związanej z portretami martwych prezydentów.

I moja intuicja i tym razem mnie nie zawiodla. Okazuje się, że takie buty w największych miastach osiągają jakieś zawrotne ceny i dość duże (sięgające kilkuset procent) przebitki. Wiadomo, w NYC na przykład jest prawdopodobnie dużo więcej aspirujacych raperów i hipsterów niż dajmy na to w alabamie, a popyt nakręca podaż. Okazuje się, że są typy, którzy obczajają taką market value buta i wiedzą gdzie zadzwonić i dostać kilka dodatkowych par, żeby zaraz szybko je spieniężyć. Jakieś limitowane edycje Jordanów potrafią osiągać ponad 1000$, czego nie powstydziłby się Jimmy Choo czy inny Loboutin:)

Nic nie jest takie jak się wydaje;) Ciekawe ilu z tych gości przyszło kupić buciki dla siebie, a ile stwierdziło, że spróbuję zarobić na specyficznym shoe arbitrage.:)
pan_dziekan

Opublikowano New York | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Prognoza pogody i inne proroctwa


Jak może wiecie w weekend akurat mieliśmy przyjemność mieć w NYC wizytę huraganu. NYC nie jest akurat miejsce gdzie tego typu fenomeny pogodowe zdarzają sie szczególnie często, niemniej jednak już mniej wiecej do połowy tygodnia we wszelkiego rodzaju mediach było głośno o tym, że huragan będzie i że w ogóle będzie w katastrofalnej skali, bo wpłynie na życie ponad 60 milionów ludzi itp.

Faktycznie oglądając wiadomości i weryfikując je na stronach internetowych wydawało się, że Irenka dość skutecznie radzi sobie w Virginii i Karolinach. Ludzie bez prądu, zalani jakieś ofiary. Gubernatorzy New JErsey i New Yorku stwierdzili chyba, że po gigantycznej wpadce jaka administracja zanotowała z tytułu innej bohaterki – Katriny, trzeba dmuchać na zimne. Ewakuacja setek tysięcy mieszkańców manhattanu i skuteczne wzbudzanie paniki spowodowała, że ludzie naprawdę się bali.

Z wszystkich prognoz jakie udało mi się znaleźć na internecie wynikało jednak, że moja okolica będzie narażona na podmuchy wiatru o wysokości co NAJWYŻEJ 105-110 kmh. No dobra jest to silny wiatr ale takie rzeczy to my już mamy w Polsce. Głównym jednak zagrożeniem jak się wydawało miał nie być wiatr tylko fakt, żę może nas trochę zalać.

Otóż mój budynek znajduje się jakieś 15 metrów od brzegu rzeki jakieś może 3 metry nad lustrem wody. Szansa jakaś istniała, zwłaszcza że zaczęło padać już w piątek w nocy. Z Vinnym i Mukeshem stwierdziliśmy jednak, że nie ma co uciekać, zwłaszcza że za bardzo nie ma gdzie (bo do sheltera nas jakoś nie ciągnęło). Oszacowaliśmy nasze ryzyko i szansa przedramatyzowania wszystkiego w mediach wydała nam się znacząco większa. OCzywiście gdybyśmy akurat na przykład mieszkali w domku gdzieś na wybrzeżu to pewnie jednak zabralibyśmy nogi zapas. Ponieważ jednak mieszkaliśmy w wieżowcu uznaliśmy, że jego konstrukcja może mieć trochę większą odporność na podobne anomalie:)

Deszcz lał całą sobotę, jednak praktycznie nie wiało. Ponieważ jednak nie mogliśmy od południa się już dostac na manhattan (wyłączyli nam PAth i metro) trzeba było nudzić się w domu. Człowiek może naprawdę dużo przeczytać i obejrzeć kilka odcinków house’a pod rząd jak akurat nie ma nic innego do roboty. Oczywiście posłuchałem ostrzeżeń i zakupiłem prowiant i wodę na wypadek szczególnych okoliczności. Ponieważ za jedzeniem w puszkach nie przepadam stwierdziłem, że czekolada i chipsy i batoniki zbożowe są wysoce energetyczne i niepsującym się jedzeniem, które w razie potrzeby przyda się na imprezę z okazji przeżycia huraganu. Zakupiłem też soczki, colę i 24 piwa, które w większości są przecież wodą również posiadały dodatkowe zastosowania (można wręcz powiedizeć, że piwo to naprawdę było dobre paliwo w czasie nudy ze współlokatorami). Ponieważ nie mam latarki i nie chciało mi się iść do TArgeta, poza tym na pewno jak bym tam poszedł to akurat okazałoby się, że amerykanie wykupili wszystkie latarki w promieniu 20 km. Jednak przecież są inne, innowacyjne opcje. Na moje dwa telefony (Androida i eyephołna) ściągnałem aplikacje flashlight – załadowałem je na 100… Tak przygotowany z moim wiernym szwajarckim scyzorykiem mogłem czekać choćby i na koniec świata i na armię czerwoną.

Czekanie na coś znudziło mi się około północy gdzie nei mogłem już patrzeć na to pochmurne niebo i padający ciągle deszcz. Wprowadziło mnie w to melancholijny nastrój (chociaz piwo mogło w tym pomóc) i ponieważ nie można było iść do baru (a na manhattanie można było, co jest znakiem, że tam jest jednak jakaś cywilizacja) trzeba było iść do łóżka.

W nocy oczywiście również nie obudziły mnie wybite szyby, krzyki ani coś równie emocjonującego. W ogóle zostałem pozbawiony resztki mojego bohaterstwa, bo Irenka przed przejściem przez miasto została zdegradowana z huraganu 1 stopnia do burzy tropikalnej…. Straciłem więc ostatnie bragging rights, że przeżyłem huragan… Poza faktem, że woda była wyżej niż zwykle (ale nie wystąpiła z brzegu), można nawet było nie zauważyć, że coś się stało. o godzinie 10 ludzie już biegali po chodnikach… bo huragan nie huragan forma musi być…. nie ma opier@@!@!@nia się jak mówi idol wszystkich ćwiczących Robert Burneika.

Tak oto więc zakończyła się historia Irenki, która jak wiele dziewcząt przed nią, myśląc że będąc wielka w Karolinach Północnej i Południowej, mogła sztormem zdobyć Nowy Jork, okazała się jednak znacznie mieć interesująca niż zapowiadała i została koniec końców wyśmiana przez lokalnych mieszkańców. Historia smutna ale niestety prawdziwa:)

Metro oczywiście nie działało całą niedzielę, więc nie można było pojechać na manhattan i dalej trzeba było oglądać odcinki House. Co więcej PAth dobił nas ostatecznie mówiąc, że w niedzielę to akurat nie będzie jeździło nic, ale w poniedziałek o 4 już uruchomią, więc będzie spokojnie można iść do pracy….

Jak pech to pech. Po huraganie powstały oczywiście różne pytania i statystyki i teorie spiskowe(ile laterek zakupiono w nyc, czy był to wielki spisek sklpeów spożywczych, które chciały napędzić sprzedaż, ile ludzi NIE zginęło przez Irenką bo przez 2 dni nie jeździli samochodami etc itp). Oczywiście huragan wyrządził szkód całkiem sporo w regionach mniej zurbanizowanych.

Wszyscy bohaterowie żyli długo i szczęśliwie, i w niedzielę dużo odpowiadali na telefony rodziców i bliskich czy aby na pewno żyją i ich nie zwiało:)
pan_dziekan

Opublikowano PRzemyślenia | Otagowano , , , | 2 Komentarze

Koniec świata (deszcz żab i takie tam)


Muszę przyznać, że mój wyjazd do centrum wszechświata serwuje mi ostatnio zupełnie niespodziewane atrakcje. Gdyby nie był przesądny pomyślałbym, że może faktycznie jest coś w tym, że w 2012 świat ma się skończyć, ale póki co moge spokojnie nie wierzyć w te proroctwa zasłaniając się moim racjonalnym podejściem do świata i wiarą w metodę naukową.

Tym niemniej….
We wtorek mieliśmy do czynienia w Nowym Jorku ze zdarzniem, którego nie było tu od pokoleń…. Otóż przeżyłem pierwszy raz w życiu… Trzęsienie Ziemi. Otóż siedzialem sobie spokojnie w sali konferencyjnej na 16 piętrze kiedy nagle zaczęło się trochę trząść biurko i krzesło. Już mysłałem że miałem halucynację po dzisiejszym porannym jogurcie (i tym że potencjalnie mógłbym pozwać firmę za utratę zdrowia) ale patrzę, że wszyscy mieli to wrażenie. Potem szybkie pytanie (did You feel it?). I wszyscy, że tak. Dosłownie pikosekundę później wszyscy mieli już głowę zwróconą w kierunku nwoego World Trade center i patrzyli czy przypadkiem coś się nie stało. Akurat… wieża postanowiła że będzie jeszcze trochę stała.

2 minuty po tym zdarzeniu na twitterze było 68 wpisów earthquake nyc. 5 minut później było już ponad 2000 wpisów. Ludzie zaczęli wychodzi na ulicę z budynków a my sobie spokojnie siedzielśmy. Ponieważ moja kochana korporacja niestety nie zdecydowała sie ogłosić ewakuacji, musieliśmy z zespołem podjąć trudną, ale jakże ważną decyzję wyjścia na kawę. To jak ludzie działają w strachu i tłumie jednak nie przestaje mnie zadziwiać. Dużo ludzi na przyklad tłoczyło się na pierwszym piętrze budynku.. Właściwie czemu, przecież jak sie zawali to tam będzie nie za fajnie. Poza tym, masa ludzi stała na dole… Przecież jak się coś oberwie z budynku (czy placu budowy obok) to tam będzie najbardziej niebezpiezcnie…. ehh…. Kawa bardzo skutecznie nas odstresowała, co nie przeszkodziło nam sobie robić jaj w ciągu następnych godzin z rozkrzyczanych nowojorczyków. Zastanawialiśmy się o ile wzrosły bookingi u psychologów:)

Ludzie oczywiście dzwonili w pośpiechu, ale przecież nigdzie nie dało sie dodzwonić bo siec była przeciążona. Już łatwiej było pewnie wysłać maila. Starbucks nei był nawet za bardzo zatłoczony a ja dostałem swojego zapewne średnio zdrowego smoothiesa (ale nic innego nie dam rady tam wypić).

Jak by to było mało atrakcji to na ten weekend zapowiedziany mamy huragan Irene. Huragan tak się rozochocił, że stwierdził, że dotrze do wybrzeża manhattanu i jersey city. Bloomberg powiedział, że wyłacza metro i autobusy i w ogóle ogłosił ewakuację 250k ludzi z bloków wokół wybrzeża. Mój blok znajduje tuż nad rzeką, więc zobaczymy jak to będzie wyglądało:)

NBC, CNN NYT wszyscy mówią żeby kupić wodę, baterie latarki i co się jeszcze da i przygotować ready kit. Myślę, że mass histeria tutaj jest budowana bardzo dobrze. Ciekawe już o ile zdrożały woda i baterie. ale wolę nie pytac bo przecież na pewno tego nie robią:) Myślę, że w ogóle wszystko jest tutaj ttrochę przedramatyzowane. Naturalnie jeśli ktoś mieszka w drewnianym domku na wybrzeżu to ma pewnego rodzaju problem, ale bloki są przystosowane do wytrzymania takich kataklizmów. Zobaczymy wiec co sie wydarzy.

Faktem jest że Nowy Jork już od bardzo dawna nie notował trzęsienia ziemi (odczuwalnego) jak i huraganu, czyli dzieje się trochę wiecej niż zwykle. Ale cóż jak wiemy ostatnio natural nie zachowuje się normalnie więc może po prostu trzeba sie przyzwyczaić. Mam nadzieję tylko, że mnie nie ewakuują bo naprawdę nie chce mi się być gdzieś stłoczonym. w najgorszym wypadku przejdę się do kolegi na manhattanie w kawałku który akurat nie jest ewakuowany.

Emergency kit zakupiony, jeśli ktoś sprzedaje dzisiaj latarki na mieściie, pewnie właśnie staje się drugim Gatesem albo buffetem. Myślałem nawet nad oryginalnym planem biznesowym Hurricane kit – latareczka, baterie, kocyk, i beef jerkies i paczka na dokumenty i notesik i dużo cwierć dolarówek;D Ponadto chciałbym zauważyć, że jest to bardzo niegrzeczne ze strony Irenki, że zdarza sie akurat w weekend, bo każdy wie, że najlepiej jak by się przydarzła w ciagu tygodnia, Po pierwsze wiele ludzi mogłoby zostac u innych ludzi, socjalizować sie, wypić trochę zalegającego w barkach alko i obejrzeć zaległe filmy. A tak plany na weekend poszły (chyba że ktoś wyjeżdża) metro nie działa… w ogóle zero planowania (i jeszcze mi piłeczkę odwołali)…

No nic trzymajcie tam za mnie kciuki żeby mnie nie zawiało tudzież nie wywiało, a ja spróbuję jakoś przetrwać. 36 piw powinno mi skutecznie pomóc. Mam też nóż szwajcarski. Mam szczerą nadzieję, że jedyną funkcją którą będę używał będzie otwieracz do piwa. W końcu po to go kupiłem:)
pan_dziekan

Opublikowano New York | Otagowano , , , , | 3 Komentarze

Warning! Nerdy post ahead!!


Ale ponieważ tytuł tego bloga jest taki a nie inny, nerdy posty mogą się tutaj znaleźć:)

Otóż będzie o historii prawdziwej, z lekka jednak abstrakcyjnej, która spowodowała u mnie gigantyczny wybuch śmiechu po czym pojawiło się wielkie „Aha!”:)

Opowieść rozpoczyna się w latach pięćdziesiątych kiedy kod pisano na kartach dziurkowanych…. No dobra. Może inaczej. Bohaterami naszej opowieści są 4 goście, w wieku produkcyjnym przed trzydziestką. Wszyscy zajmują się mniej więcej tym samym – programowaniem i projektowaniem softu. Przedstawmy ich może sobie:

Zenon – najbardziej wychillowany ze wszystkich. Zajmował się akurat surfingiem po czym stwierdził że popracuje dla kopalni aluminium, po czym stwierdził że tak naprawdę poza regatami i gonitwami w Australli nie ma co robić, a że ma fajny akcent to w Ameryce napewno będzie mu lepiej. Potrafi też coś czasem zaprogramować:) I robi to na codzień

Remigiusz – Remigiusz nie lubi myśleć. To znaczy lubi, tylko nie lubi jak mu każą. Swoje zawodowe życie poświęcił więc zmiejszaniu aktywności płata czołowego przez zaangażowanie tegoż płata w aktywności, które powodują obniżenie tejże aktywności… To znaczy tak mi przedstawił tę robotę jak go pierwszy raz poznałem. Tak dla mnei też nie miało to dużego sensu, wiec powyższą myśl musiałem sobie zapisać, bo jak każdy przeciętny człowiek jestem w stanie przechowywać w moim cache’u tylko od 5 do 9 wyrazów naraz. Po naszemu Remek, zajmuje się tym, żeby typ na stronie kliknął w to co ma kliknąć a nie coś głupiego. Jest tak blisko „designu” w świecie nerdów jak tylko się da, że prawie chcemy go nazywać artystą w celu podniesienia własnego statusu społecznego:)

Bożydar – Bożo jest ambitnym chłopakiem. Dopiero co skończył szkołę i właśnie rzeczywistość strzeliła go ze dwa razy po pysku. Zauważył ze dużo kodu, który się pisze to coś nie tak w połowie ciekawego jak by się mogło widywać. Nie ustaje w poszukiwaniu „ambitnej spełniającej pracy”. Właśnie trafił do startupu. Cieszy się jak dziecko. Ale lekarstwa na raka nadal nie szuka, jak również nie rozwiązuje światowego problemu głodu

Wreszcie Nerd- nerd jaki jest kazdy widzi. Życie regularnie uczy go, że jeszcze się wszystkiego nie nauczył, a mimo to myśli że jest mądrzejszy niż jest;) poza tym lubi rozwiązywać problemy. Jak nei może rozwiązywać problemów, to sam je sobie zrobić. W końcu stara zasada jest popyt jest podaż, można przystosować do reguły obecnych korporacji – jest podaż jest popyt:D

Otoczenie całkiem przyjemne, znajdujemy się w barze w bliżej nieokreślonej części manhattanu. Naokoło dużo rozemocjowanych ludzi rozmawiających, flirtujących i wykonujących wszelkie te czynności, które wykonuje się w takiego rodzaju miejscach (chociaż pamiętam, że był jakiś gość robiący pompki… jestem prawie pewien że to nie tutaj, ale oh well…). Piwo zamówione, a właściwie próbujemy tajemniczego komba Zenona – szot whisky (jameson) popity dobrym, ciemnym piwkiem.

Rozmowy prowadzimy różne, głównie o tym co na PS3 ostatnio wyszło, czy ktoś jedzie na Agile Day conference i ogólnie gdzie na wakacje. Nic szczególnie pobudzającego umysł, ilość wplatanych programistycznych żartów i odniesień jest jednak wystarczająca by żadne przedstawicielki płci przeciwnej akurat nie poczuły się do dołączenia do tej konwersacji.

W pewnym momencie Bożo opowiada jak to ostatnio poszedł do Muzeum Guggenheima. Coś tam było wystawiane, głównie jakaś sztuga nowoczesna. Remigiusz naturalnie rzucił jakimś komentem, że to nei tak się powinno odbierać sztukę, że trzeba znajdować abstrakcje, a my jako devy to już szczególnie łatwo powinniśmy mieć. Ale my i tak śmieliśmy się z gościa który dostał 100k$ dolarów nagrody za wkład w sztukę czy coś, po czym wziąl 100k jednodolarówek i przypiął do ściany i powiedział to jest sztuka:) Jeśli jego net worth wzrosła o więcej niż 100k$ z tego powodu, to uważam że gość ma przyszłość w bankowości inwestycyjnej… Potencjalnie jednak gorszy lajfstajl:)

Ale nie o tym miałem. W pewnym momencie nerd nie zważając na nic rzucił: Ej chłopaki a weźcie sobie wyobraźcie muzeum …. KODU!. Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Sama idea oglądania kodu dla przyjemności jest…. nie do końca poznana przez programistów przecież. Owszem lubimy czytać dobry kod, ale czyjegoś kodu najczęściej nienawidzimy. Zwłaszcza tzw. legacy kodu. A niektórzy złośliwi mówią, że kod staje się legacy w momencie gdy przejdzie testy akceptacyjne. Zaczęliśmy przytaczać przykłady jak to się kiedyś programowało, JA i Zenon mogliśmy jeszcze opowiedzieć o assemblerze (który mieliśmy na studiach), ale jak zaczęliśmy się zastanawiać nad starym kodemnp w Fortranie to nawet nie wiedzieliśmy jak wygląda. Moglibyśmy w sumie przytoczyć kilka słynnych hacków (jak szybki odwrotny pierwiastek). Pośmialiśmy się trochę jeszcze z żartów i o tym jak ludzie w różnych kulturach nazywają zmienne (i dlaczego u nas dupa jest tak nadużywana) i ogólnie była to dobra rozmowa na całkiem niszowy temat.

Wypiliśmy jeszcze po kilka piw, pogadaliśmy o naszym zawodzie jako takim, o tym czemu ipad jest fajny i co zobaczyć w Australii i wróciliśmy do domu.

I wtedy do mnie dotarło. Bo w sumie czemu nie!? Mamy muzeum komputerów (gdzieś w californi chyba) a kod zawsze był powiązany z technologią komputerową. Tworzenie kodu jest dziedziną kreatywną, jest tak blisko czegoś co jest sztuką jak tylko może być. Gdyby zatrudnić jakiś designerów i zaprojektować taką wystawę w fajny sposób by pokazać szerszej publiczności na czym tak naprawdę polega programowanie i jak zmieniało świat i siebie przez lata. Jak tworzenie kodu stało się popularniejsze i coraz szybsze. Ile zajmowały kiedyś systemy a ile dzisiaj. Takich rzeczy my się uczymy na inżynierii oprogramowania żeby nas przestrzec przed błędami i overdesginem, albo przed wyborem złych narzędzi. Ale jakże byłoby to wynagradzające dla milionów devów na świecie, gdyby można było pokazać rozwój naszej dziedziny w przystępny interesujący i ciekawy sposób. Od kart, przez assemblery pierwsze c i języki wysokiego poziomu i najnowsze języki typu ruby. to że programiści zawsze lubili się bawić swoim zawodem i wymyślali lolspeak i brainfuck… no mnóstwo rzeczy przecież jest. Czy ta dziedzina nadal jest za młoda, mimo że przeszła już spokojnie kilka generacji?

I myślę, że co jak co ale Moma albo Guggenheim byłyby godnym miejscem.

Cóż one might wish:)

Opublikowano PRzemyślenia | Otagowano , , , , | 2 Komentarze

Like a …. tourist


Mija już ponad tydzień jak Brat z Magdą sie rozbijają bo mieście. Akurat się nam trochę pogoda spaprała no ale co zrobić. Pada i grzmi. Widać ktoś kogoś zezłościł.

I z tego zwiedzania wyłania się ciekawy obraz. Atrakcje owszem są dobrze ocenianie. Te wszystkie Empire State BLGD i Top of The Rocki i inne landmarki jak Studio NBC są fajne. Zdjęcia na nich ładne wychodzą i ogólnie jest co robić. Ale już z muzeów … nie jest tak dobrze. Poszli wczoraj do Museum of Modern Arts i może trafili akurat na jakiś kiepski dzień ale ogólnie podobno słabo.. Podobno jakoś nie do wszystkich trafia biały obraz na białej ścianie. Lub też biały obraz w różnych ramkach. W mecie też bywalo różnie, ale trochę lepiej. Jeśli akurat nie jesteście fanami sztuki nowoczesnej to może nie warto wydawać 20 dolców.

Z drugiej strony muzeum historii naturalnej jest całkiem wporzo. I ma interesujące specjalne eventy (mózg, dinozaury;D). Także to muzeum na pewno warto polecić. Niestety pogoda nam trochę popsuła plany wybrania się do ogrodów botanicznych ale może jeszcze się wszystko uda.

Zaskakująco dużo sie daje przejść na piechotę i podobno dobrze mieć wygodne buty bo trochę kilometrów się robi. Z obserwacji przekazanych mi przez nich wydaje się że turystów jest bardzo dużo. Kolejki do atrakcji bywają duże, a na przykład Statuę wolności zamykają w październiku na remont i trzeba być naprawdę rano żeby nie zastać sporej kolejki.

Zwiedzamy też nowy jork kulinarnie przy czym biorąc pod uwagę jadłospis Adriana byliśmy w dwóch baaaaaaardzo dobrych pizzeriach (Adrienne’s, HArry’s) 🙂 ale skoro on nawet określił że pizza bardzo dobrze i ciasto najlepsze jakie jadł to chyba bardzo dobrze:) Poza tym od tygodnia śpię na kanapie – oddałem i pokój żeby nie było że jestem wyrodnym bratem. Udało się zorganizować nawet małą imprezkę z soboty na niedzielę w czasie ktorej wypiliśmy troszkę różnych trunków ze znajomymi i sprawdziliśmy jak sie gra w taboo po angielsku.

Wnioski z poczynionych badań operacyjnych sugerują, że w trakcie pojedynku Słowaków Polaków i Hindusów wygrywają Ci, którzy najwięcej mówią po Angielsku – ergo Hindusi. Wydaje się jednak, że statystycznie ilość alkoholu w zespole może po pewnym czasie negatywnie działać na wyniki. Ńie mieliśmy jednak tyle zdrowia i ochoty by zrobić regresję po każdym wypitym kieliszku. Okazuje się również, że bycie graczem w końcu ma jakieś wymierne korzyści ponieważ do wielu wyrazów można legalnie używać odwołań do gier:) Tym sposobem odgadliśmy słowo Strike (counter) Age (dragon) i Tycoon (transport i Rollercoaster:D). Ogólnie zabawa przednia.

Z wniosków ze zwiedzania Nowego Jorku przez mojego brata i Magdę można poczynić następujące. Vouchery (new york pass i takie takie) są przydatne bo nie stoi się w kolejce – oczywiście nie wszędzie ale w większości. Jeśli przyszło się naprawdę zwiedzać w ciągu dnia to faktycznie można zaoszczędzić troszkę kasy. Uwaga na ogrody botaniczne – są duże, i można tam ładnie wychillować ale dużo kwiatków akurat kwitnie a maju i czerwcu i teraz na przykład już ich nie ma.

Poza skutecznie pokazałem mojemu młodszemu rodzeństwu, że dobry burger to jest jednak dobry burger. Teraz już na cheesa z McD będzie patrzył jak na trzytygodniową padlinę. Z drugiej strony dobrych burgerów u nas mało, więc jak się nie ma co się lubi to się wpieprza w macu albo burger kingu:D

Usłyszałem, że warto na przykład wybrać się w trzygodzinny rejs dookoła manhattanu bo można: robić zdjęcia mostom (w tym brooklynski i manhattan na jednym zdjęciu) zobaczyć wyspę z dwóch stron i generalnie nieźle ją obfotografować. Statua wolności okazała się przereklamowana, no ale ją trzeba już jednak zobaczyć jak się jest w okolicy. Poza tym oczywiście shopping. Dzień przed wyjazdem wybraliśmy się do Soho w celu kupienia różnych pamiątek. Jest to doskonałe miejsce na takie zakupy. Można kupić i popularne printy zdjęć – chociaż każdy amator z DLSRem zrobi podobne a potem wywoła, przez rzeźby skylinu po obrazy różnych artystów, którzy wystawiają się ze swoimi dziełami. Mi szczególnie spodobał się jeden obraz – Atomic Cat. Ale cena 150$ na razie odstraszyła mnie od zajęcia długiej pozycji na tym rynku. Można też kupić na przykład custom made opakowanie na Iphone albo na karty kredytowe, które moim zdaniem wygląda naprawdę dobrze. Sprzedawca oczywiście zapewnia, że jest to genuine leather, ale z prawdziwą skórą to ma może tyle wspólnego Adidos z niemiecką marką o podobnie brzmiącej nazwie (nie jest to Audi). Także po pamiątki do Soho pomiędzy west broadway i broadway.

Poza tym rozpadało się ostatnio strasznie, na tyle że aż metro zalało, a moja mama poczuła się do interwencji i zadzwoniła czy przypadkiem nie ma tutaj bibijnego potopu, względnie czy już może akurat nie utonąłem. Pech chciał, że akurat nie miałem ze sobą polskiej komórki, więc mama była już nieźle przekonana że jest niedobrze. Na szczęście odpisałem, że akurat jeszcze metra nie zalało, ale padało faktycznie mocno.

Poza tym z czystym sercem mogę polecić jeszcze jedno muzeum – Intrepid. Jest to stary lotniskowiec na stałe zacumowany przy wybrzeżu na którym można sobie popatrzeć na wszelkiej maści samoloty, rakiety, uzbrojenie. Jest naprawdę spoko a i zdjęcia niemalże na transformera można sobie zrobić. Zabawa przez 2-3 godziny gwarantowana:)

Ostatni news, którym chciałem się w tym jakże reporterskim poście podzielić, jest to że jeździłem Chevy camaro – transformers edition. I o ile faktycznie kopnięcie ma, to w środku ten samochód wygląda bardzo niedobrze. I podobno jakoś wykonania silnika jest naprawdę niezakonieczna, więc utrzymanie tego pięciolitrowego potwora w Polsce może być naprawdę problematyczne. Oczywiście wygląda jak wygląda więc nie ma co narzekać. A jak na samochód za 30k $ (nówka) to jeździ niesamowicie. A że u nas w kraju za 30k można dostać co najwyżej usportowione punto a nie potwora… cóż urok pozostaje:)

pan_dziekan

Opublikowano New York | Otagowano , , , | 3 Komentarze

Techmeetup, pitch, angel i inne ważne terminy


Jest bańka. Jest to fakt. To co się dzieje tutaj jeśli chodzi o startupy przekracza moje wyobrażenie. Setki grup coś robią i chcą zdobyć finansowanie. Jest tylu gości którzy chcą się złapać na pociąg i zainwestować w coś co da gigantyczną stopę zwrotu, ale nowych interesujących usług brakuje…

Pamiętacie może jak kiedyś pisałem o czymś takim jak Color, które za prezentacje otrzymały 44 miliony dolarów… I nawet zrobili aplikację, która okazała się gigantyczną klapą! I nie miała żadnych użytkowników.

W ameryce jest coś takiego co się nazywa meetup.com. Jest to strona na której można znaleźć ludzi, którzy interesują się tym samym co ty i ich spotkać. Można również założyć stronę o czymś i liczyć na to, że ludzie którzy lubią to samo sami się znajdą. Nie ma więc znaczenia czy akurat lubisz piłkę, polskie tańce narodowe, eksperymenty genetyczne czy tarzanie się w błocie w trakcie pełni – istnieje duża szansa, że w USA i w NYC ktoś lubi to samo co ty!

Serwisu używam w celach różnych – między innymi google meetups są naprawdę ciekawe, podobnie jak inne związane z moim zawodem spotkania (dużo lepsze niż płatne konferencje imho). Jednym z najpopularniejszych meetupów, które mnie interesują jest NY tech meetup. Jest to takie zgromadzenie różnego rodzaju ludzi związanych z technologią, którzy przychodzą do pewnego miejsca i gadają sobie o computer science w ogólności + zawsze jest kilka grup, które chcą zaprezentować swój rewolucyjny pomysł na biznes. Kiedyś to spotkanie sprawdzało się i faktycznie przybliżało ludzi do siebie, pozwalało wymienić opinie, nawet chwilę razem pokodować, niestety ostatnio zamieniło się w festiwal pokazywania pomysłów, szukania pracowników i wyszukiwania okazji inwestycyjnych. Nie żeby było to coś złego, po prostu nie po to tam przychodzę.

I startupy stały się, proszę ja was, biznesem samym w sobie. A wszystkiemu winna jest korporacyjna ameryka. Nie wiem czy wiecie, ale ludzie pisząc gry na androida czy apple boją się ile razy zostaną pozwani przez trolli patentowych, czyli takie niedobre zwierzątka, które mają czelność pozywać małe biznesy za naruszenie patentów, żeby dostać od nich albo duże odszkodowanie albo część ich biznesu.

Powstała więc instytucja prawnika dla startupów. Taki prawnik musi być trochę bardziej cool niż inni prawnicy i musi umieć się dogadać z gościami w bluzach i trampkach wciągających pizzę, ale potencjalnie jest to dla niego spory biznes i kasa. Bo chłopaki zakładający startup rzadko się martwią czy akurat, ktoś nie skopiuje ich pomysłu, pozwie za wykorzystanie jakiegoś nieznanego patentu na wyświetlanie liter albo podwójny klik etc.

Obok pojawiły się hip agencje piarowe. Bo dobry prominentny startup jak już wyjdzie z fazy inkubacji potrzebuje koniecznie publicity i trafficu. No to są czarodzieje od kontaktów z mediami facebooków twitterów i ogólnie aktywizacji spoleczności, żeby ludzie zaczęli o naszym produkcie mówić. Czarodzieje załatwią nam wpis w engadget, tech crunchu a jak są naprawdę zajebiści to może i w NYT albo i CNN app of the week. Oczywiście trzeba im słono płacić a nierzadko również udziałami.

Przykładów można mnożyć i to pokazuje jak naprawdę trudno jest tutaj być właścicielem własnego startupu. U nas jeszcze to się robi samemu i zachowuje kontrolę w miarę długo. A tutaj bardzo szybko nasz udział się rozwadnia. Bo dobry pomysł to tak mało, a wokół niego trzeba jeszcze zrobić tak dużo (nawet nie samego wykonania tylko szumu). Że aż człowiek myśli, że może faktycznie lepiej pojechać do Polski,Korei, Brazylii, Argentyny etc i tam spróbować coś zrobić, bo mniej ludzi pragnie tego samego – drugiego google, fb, twittera.

PRzez przypadek znalazlem się na czymś takim nawet o nazwie New Kids on The block – posiadówa w bardze dla ludzi związanych ze startupami. I wiecie co. na 70 osób było 3 developerów/tech leadów a reszta to prawnicy venture capital, sprzedawcy i tzw business.;) I wszyscy chcą jednego właśnie developerów bo tych brakuje jak wody na pustyni.

Przyczyn takiego stanu rzeczy należy szukać w samej specyfice nowego jorku. Otóż tutaj większość dobrych rąk programistycznych z pomysłami pracuje … w bankach. Gdzie płacą im dobrze i nawet o nich dbają. I mają nieustający napływ nowych zdolnych rekrutów z najlepszych uczelni amerykańskich/Indyjskich/Rosyjskich. Bo załatwienie takiej wizy dla takiego banku to nie jest taki duży problem, a dla przyszłego imigranta trochę większa gwarancja stabilności jak już opuszcza swój szałas rodzinny. A taki startup nie dość że musi zapłacić jakieś gigantyczne pieniądze prawnikowi, to jeszcze nie wie czy ten gość z piątkami na świadectwie to się nada do naszej kultury (bo może akurat jest zamknięty w sobie a my lubimy sobie pokrzyczeć na lunchu), będziemy go lubić (bo my lubimy gwiezdne wojny a nie filmy z bollywood) i sam sobie da radę w organizacji bez organizacji (wbrew pozorom wymaga to sporej dyscypliny, której absolwenci najczęściej nie mają). W startupie trzeba się uczyć szybko i samemu a w korpo jest trochę (tylko trochę) wolniej i można się kogoś o coś spytac. No i jest jeszcze większy payroll i bonus i prestiż. Bo przecież naszego śiwetnego startupu za pół roku może już nie być i nasze opcje na akcje będą warte mniej niż 0:)

Poza tym sporo dobrych programistów i ludzi związanych woli jednak siedzieć w ciepłej kaliforni i pracować dla całego silicon valley, które popyt ma nieustający. Myślę, że z czasem wydarzy się jednak pewna migracja, gdyż nowy jork ma jednak jeszcze siłę przyciągania i ma na pewno nie mniejszą, jeśli nei większą ilość pieniędzy. Jest to jednak znacząco inna kultura, więc zobaczymy co się wydarzy. Jedno jest pewne zawirowania na rynkach, ktore obserwujemy obecnie w ogóle nie wpłynęły na rozpalony do czerwoności rynek startupów, a nawet spowodowały zwiększenie ilości dostęnej kasy… Bo przecież akcjom nie można już ufać.

Poza tym z innej beczki, Adrian i Magda dobrze sobie radzą na mieście, w naszej lodówce znacząco spadły zapasy paliwa płynnego – roztworu chmielowego czyli ogólnie jest dobrze. W weekend chyba zobaczymy jakieś ogrody botaniczne a ja postaram sie przetworzyc trochę zdjęć, które Dziekany tutaj robią. Dla rosnącego Grona osób, które w najbliższym czasie mnie tutaj nawiedzi chciałbym przypomnieć o obowiązkowym litrze (można więcej), który należy wnieść w depozyt inaczej celnicy mogą odmówić wstępu. W przypadku osób przemieszczających się w ramach USA stawka jest do negocjacji;)

To chyba tyle na dzisiaj – jak wiadomo piąteczek, trzeba zakończyć pracę i zająć się celbracją weekendu;)
pan_dziekan

Opublikowano New York | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Czy leci z nami pilot?


Witam po dłuższej przerwie spowodowanej moim chwilowym pobytem w Polsce. Miałem okazję być świadkiem/best manem na weselu mojego przyjaciela. Impreza udala się bardzo a nawet bardziej, a mój pobyt w Polsce obfitował w bardzo dużo bardzo miłych i czasami nieoczekiwanych momentów (momentów, które mogą mieć spory wpływ na przyszłe wydarzenia:)). Świat był przez ten weekend trochę milszy i przyjaźniejszy więc nie można narzekać. Krótko mówiąc najlepsze 72 godzin w kraju. Naprawdę. I znowu zabrakło czasu by się zobaczyć ze znajomymi (tutaj serdecznie przepraszam JZŚ za brak czasu, jak również PM i Sylwię i Olimpię, bo z nimi też się powinienem zobaczyć ale no nie szło, KRISa i Kozła wraz z ekipą do piłeczki, the Dream Girl Team z którą byłem na roadtripie, Karolixa, Laurę i Luka i kilka innych osób, których na pewno zapomniałem wymienic…).

Ale wszystko co dobre szybko się kończy, więc należało wrócić do kraju mlekiem i dolarem (co prawda dłużnym) płynącym w celu kontynuowania innej przygody. Tym razem nie wracałem jednak sam, gdyż razem ze mną przywiozłem nielegalnym importem rodzonego brata i jego dziewczynę:) Sam byłem zdziwiony, że dostał wizę, ale widać kraj ten ostatecznie zaniedbuje jakiekolwiek wskaźniki bezpieczeństwa. PRzecież wiadomo, że tak jak on jeździ samochodem i szaleje na imprezach to mało który szanowany obywatel potrafi. No nic USA zdały się wziąć to ryzyko na siebie, przez najbliższe dwa tygodnie będą się więc rozbijać po wielkim jabłku i okolicach.

Nawet pan przy odprawie celnej (który tym razem jakoś wyjątkowo nie był smutny – jak się okazało od jutra szedł na urlop) zapytał sie go czy mówi po angielsku i wyszlo.. że mówi. Mama byłaby dumna za te wszystkie lata kursów, na które nas posyłała.

Chwilę jeszcze może o naszym powrocie. Tym razem zdecydowaliśmy się na nie bylejaki eksperyment, ponieważ lecieliśmy linią Iceland Express. Nie wiedziliśmy co nas czeka:) Podróż można porównać do lotu wizzairem przez 10 godzin z przesiadką w Reykyaviku z ilością miejsca na nogi przeznaczoną dla ludzi poniżej 175 wzrostu. NAturalnie jedzenia nie dają, podobnie napojów. Za to wszystkie stewardessy są blondynkami. Dodatkową atrakcją jest fakt, że na lotnisku Keflavik … nie ma nic. A kanapka kosztuje 8$:) Innymi słowy jeśli nie ciśnie Was kasa aż tak bardzo to spokojnie można sobie darować to doświadczenie i zjeść kanapkę w KLMie albo lufie:) I obejrzeć jakiś film – bo filmów też nie dają. Jedyną ciekawą rzeczą, która zdarzyła się mi w trakcie tej podróży, był fakt, że podróżwaliśmy z Islandii do USA boeingiem 757, który był kiedyś używany przez Iron Maiden podczas tras koncertowych i miał interesujące malunki na sobie:D

Ciekawość spotkała nas jeszcze w drodze na Islandię. Nasz samolot zawierał jakąś niewyobrażalną ilość dzieci. Nawet nie sądziłem, że jest legalne mieć tyle płączących i małoletnich dzieci w samolocie. Wydawało mi się, że mniej więcej na dwie osoby przypadał jakiś osesek, który oczywiście w czasie lotu musiał oznajmiać światu, że akurat on też leci tym samlotem. Było to przeżycie dość traumatyczne przez 3 i pół godziny słuchać tych płaczy, ale cóż było zrobić -słuchawki na uszy i liczyć na zmiłowanie. O dziwo większość ludzi, którzy wylatywali z Warszawy do REykyaviku byla polakami i dzieci też sie wydawały polskie, być może zaginiony przyrost naturalny w Polsce odbywa się zwyczajnie poza granicami naszej zielonej wyspy.

Pilot z drodze z Islandii do USA starał sie czasem opowiedzieć nawet jakiś żarcik (pogoda w new york jest cieplejsza niż w islandii, że będą mogli państwo założyć krótkie spodenki, pasażerowie z kontynentu mogą zignorować tę wiadomość:D), ale niestety dość słabego wrażenia nie zmył. Fakt faktem, że przyanjmniej się nie czepiali bagażu podręcznego, tak jak w drodze do Polski. Otóż Lufthansa postanowiła odwołać jakiś lot i powsadzać pasażerów do innych samolotów. W związku z tym kazdy był pełen – w tym mój. Jak bardzo się zdiwiłem, że Pani przy odprawie bagażu kazała mi włożyć moją walizeczkę do tego czegoś co sprawdza czy mój bagaż sie nadaje na podręczny. Zagranie rodem z ryanaira. Okazało się, że robią to wszyskim, i sprzedają jeszcze jakąś bajeczkę, że niby się regulacje zmieniły. Najlepsze, że jakaś Pani przy wejściu do samolotu już po oddaniu karty pokładowej robi jeszcze second checka, i moją walizkę APPROVED cabin luggage chciała sprawdzić jeszcze raz. No to powiedziałem jej kilka ciepłych słów i zagroziłem nawet podaniem do jakiegoś rzecznika, i trochę jej pała zmiękła ale… Widać naprawdę byli na ciśnieniu. Przy okazji chciałbym nadmienić, że wybór filmów był dość żenujący i musiałem obejrzeć RIO, bo nic innego nie było…

Ostatnio jestem trochę sfrustrowany na projekcie, ponieważ przypomina on jeden wieklki potworny kocioł. Nikt nie myśli o większym obrazku i kazdy pcha w swoja stronę a konsultant jest klejem i człowiekiem który zawsze sie musi dostować. Swojego zdania, nawet jeśli jest poprawne, nie może przeforsować bo mogłoby spowodować, że klient będzie gorzej wyglądał. A tutaj konsultant jest po to by ten kto robotę Ci zleca, awansował i zlecił Ci jeszcze więcej roboty. Przy czym nie można uświadamiać mu za bardzo że coś co mówi jest idiotyczne bo jeszcze się obrazi. Ciężka orka po prostu, gdize na wszystko musi być proces, bo inaczej nikt niczego nie zrobi… I jeszcze mają czelność mówić, że zmierzają w kierunku Agile Management. Chyba w innym wymiarze.

Trzeba będzie jakoś niedługo odwiedzieć plażę oraz popróbować surfingu w nowym jorku bo i takie atrakcje tutaj mają. Wychodzi również, że moje mieszkanie przez najbliże 1,5 miesiąca będzie metą przerzutową dla sporej ilości ludzi, co może powodować tylko wzmożone spożycie różnych ilości alkoholu i zaowocować zdjęciami, które nie będą nadawały się na publikację na tym blogu. Ponadto w pierwszym tygodniu września do NYC przylatują DJ Tiesto, David Guetta i ARmin Van Bueren więc jako człowiek nie słuchający muzyki spróbuję poszukać jak niegdyś hitler elektro. Znawcy mówią, że może być epicko i będzie niezłe pierdolnięcie, ale zobaczymy czy to prawda. Idzie długi weekend (świeto pracy) więc będize się mozna trochę poobijać.

A na dzisiaj starczy bo muszę się jeszcze wybrać na piłeczkę, a dla czytelników o skłonnościach matematyczno-kombinatorskich zagadka:
Mając do dyspozycji monetę, której szanse na wypadnięcie reszki są większe niż 50% (ale nie wiadomo dokładnie ile) jak zapronować eksperyment równoważny rzutowi doskonale zbalansowana monetą (w której reszka i orzeł mają dokłądnie 50% szans na wypadnięcie)?

Nagroda: Piwo Blue Moon na mój koszt w wybranym pubie w NYC:D
pan_dziekan

Opublikowano New York, PRzemyślenia | Otagowano , , , | 5 Komentarzy