My tu gadu gadu … smalltalku ciąg dalszy


Niedawno pisałem jak to jest nieźle słuchać how are You i rozważałem różne odpowiedzi na tę jakże wyrafinowaną frazę. Koniec końców trzeba się jednak do niej przyzwyczaić ponieważ z jakiegoś powodu mieszkańcy tutaj nie chcą przestać jej używać. A dalsze badanie stało się nudne i przestało mnie ciekawić.

Ponieważ opcja całkowitego braku kontaktu werbalnego z populacją mówiących po Angielsku nie wchodzi w grę, czasem komunikuję się w tutejszym języku. Większość jednak moich rozmówców nie jest native speakerami, tylko różnego rodzaju fellow immigrants. Jeśli jednak wyjdzie się poza ramy pracy i znajomych, można zauważyć ciekawe zjawiska.

W ramach normalnie prowadzonej rozmowy z ludźmi, których się właśnie poznało pojawiają się pewne różnice pomiędzy pochodzeniem jak również płcią rozmówcy. Istnieje jednak fraza, która padnie zawsze. Tą frazą jest

Where are You from? – lub jakaś jego wariacja.
Nie od dziś wiemy, że w NYC najlepiej mieć akcent … brytyjski lub Irlandzki. Okazuję się jednak, że mieć akcent w ogóle też jest dobrze. Sam jeszcze nie odczułem na swojej skórze pozytywnych skutków tego domniemanego zjawiska, ale ufam że faktycznie ma miejsce. Wspomniane pytanie pada więc niechybnie po rozpoznaniu, że rozmówca (W tym przypadku ja) akcent posiada. Zazwyczaj pada po 3-4 wymienionych zdaniach. I pada zawsze (chyba, że ktoś oczywiście wie skąd jestem). Jeśli akurat jestem w dobrym nastroju lub zwyczajnie mam ochotę „play ball” to odpowiadam guess. Z naturalnych przyczyn znacznie częściej zgadują kobiety niż faceci. Najczęściej jestem chrzczony na germańskiego oprawcę lub wrażego szwedzkiego najeźdźcę (względnie Norwega albo Duńczyka). Byłem już jednak i z Austrii i Beneluxu. Ponadto wydaje się, że dla ludzi zgadujących Europa środkowo-wschodnia jest dość jednorodna, więc znacznie częściej niż Polska/Czechy/etc mówią po prostu Eastern Europe/Russia.

Jeszcze co prawda nikt się nie skrzywił, jak powiedziałem, że akurat pochodzę z Polski, ale jestem pewien że w przynajmniej dwóch sytuacjach zakończyło to dobrze rozwijającą się akcję. Akcent więc akcentem, ale Polskie pochodzenie jeszcze mi korzyści tutaj nie przyniosło. W niesieniu chwały dla naszego dumnego narodu nie ustaję i może kiedyś się uda.

Kobiety, wykazują jednak pewne zainteresowanie, najczęściej pytając „Where in Poland”, albo nawiązując, że kiedyś akurat jak była na eurotripie to wpadła do (i teraz następuje nieludzki wysiłek mojego mózgu próbujący zrozumieć, jakie miasto miała na myśli) Krakowa/Wrocławia/Zakopanego:D Jak to mówią… game’s on. A tutaj dobrze mieć dobrą game:)

Ponieważ jednak część rozmówców akurat wie, że w przyszłym roku mamy akurat Euro to dla nich jest to coś interesującego. Jeśli więc nawet za oceanem wiedzą, że jest Euro (W końcu trzeci największy event sportowy na świecie) to może i o Polsce się dowiedzą.

Z innych nowości – pojechałem do parku linowego z ziomkami. Nigdy wcześniej tego nei robiłem, a ten był najwięszy w okolicy i do tego jeszcze oferował groupona. Miał też dwa zipliny – x1 i x2 które miały po 600-800 metrów długości na których jechało się 70-80 km/h więc zabawa zapowiadała się interesująco. Dodatkowa zaleta taka, że można było trochę po górach pochodzić. Górki co prawda niezbyt wysokie, ale dawały radę – coś jak nasze Bieszczady.

Mieliśmy przy okazji całkiem niezłego prowadzącego, który przy każdej okazji robił sobie żarty z wszystkiego, a głównie z tego, że przyjechaliśmy z NYC (a byliśmy w Massachusetts). Możliwe były wyścigi (dwie liny obok siebie) a przeskakiwanie nad dolinami (z jednej górki na drugą) wygląda całkiem interesująco jak się jest 50-80 metrów nad ziemią. Ogólnie zabawa przednia, jedyna wada, że trzeba tam było samochodem 4 godziny jechać.

Był to dzień dobroci, ponieważ odkryłem bardzo dobrą sieciówkę – Red Robin, w której serwują naprawdę pyszne burgery. Nie dość, że burger jest wielkości przynajmniej konkretnej, to frytki są z krojonych ziemniaków i można jeszcze piwko do tego zamówić. Jeśli więc kiedyś będziecie jechać autostradą i zobaczycie Red Robin to walić śmiało na hambugsa. Nie oszukają was tam:)

Ponadto dowiedziałem jeszcze jednego ciekawego szczegółu. Otóż wynajęcie samochodu klasy premium (chrysler 300, dodge charger, opel insignia) kosztuje w nyc około 100 dolarów za dzień. W jersey city gdzie akurat mieszkam koszt ten jest o jakieś 10 dolarów niższy. Wystarczy jednak pojechać 10 km w głąb lądu (2 przystanki pociągiem) i okazuje się, że możemy wynająć ten samochód za …55$. Podejrzewam, że jak bym wypożyczał ten samochód w środku ohio, to za 35 by poszło.
No ale nic. Teraz przepłaciliśmy na przyszłość będzie wiadomo

pan_Dziekan

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii PRzemyślenia i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „My tu gadu gadu … smalltalku ciąg dalszy

  1. Lechu pisze:

    Dude, w Red Robinie mam kartę stałego klienta 😛

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s