4 lipca i inne fajerwerki


W spokoju i radości drodzy parafianie upłynął nam 4 lipca, czyli jak błędnie myślałem święto niepodległości Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, święto które przecież nie powinno mnie dotyczyć. W końcu jestem Polakiem i mam też swoje święto odzyskania niepodległości, czczące fakt, że nasi dzielni ułani kiedyś dokopali wrażym bolszewikom szabelkami. Jak bardzo człowiek może się jednak w tym kraju mylić. Jak się, dość przyjemnie, zaskoczyłem święto czwartego lipca, jest świętem wszystkich, którzy się tutaj znajdują. Bo chodzi o to, że mogą tutaj być, bo USA jest niepodległym państwem, albo jakaś inna wzniosła mowa prezydenta…

Święto to ma prawdziwie Amerykański charakter. Otóż świętują wszyscy, wszyscy życzą sobie szczęśliwego 4 lipca, jacyś nawet tacy uśmiechnięci chodzą (Co przecież w NYC nie ma racji bytu bo wszyscy się raczej spieszą) i ogólnie jakoś tak przyjemniej. Wychodzisz na dwór a tam ludzie sobie grille urządzają gdzie popadnie, umawiają się na wyjścia, na koncerty, na wspólne świętowanie.

I najlepsze w tym wszystkim jest to, że nikt nie składa kwiatów na grobie nieznanego żołnierza, nie ma parady wojskowej, f22 też nie widziałem (a to akurat szkoda), za to jest na przykład Koncert Beyonce, wydarzenia kulturalne w każdym parku tego miasta no i wielce oczekiwane fajerwerki na rzece Hudson.

I nie wiem czemu, wychowany przecież w ideologii raczej martyrologicznej, wolę ten sposób świętowania. Bo ludzie, których znam dość luźno, zaprosili mnie na barbeque, wysłali mi smsy itp. I było to dość przyjemne (oczywiście może się zdarzyć, że już za bardzo tęsknię za domem i po prostu cieszę się na każdą okazaną mi odrobinę akceptacji ale…:)).

Wcześniej jednak z Vinny’m ustaliliśmy, że zaprosimy trochę ludzi do Nas na apartament w celu oglądania fajerwerków z okien, bo akurat mamy całkiem niezły widok. I wszyscy znów sobie życzyli szczęśliwego 4 lipca, pomimo faktu, że było tu chyba 3 Amerykanów, z czego 1 tutaj urodzony. Poza tym rozwarstwienie etniczne było dość znaczące. I nawet jeśli nie są oni „patriotami” w polskim tego słowa znaczeniu (czyli pójdą zrobić powstanie, albo wykonają inne rewolucje) to jednak ludzi tych łączy wspólna chęć życia tutaj i zarabiania kasy pod wspólnym sztandarem.

Na pewno nie jest to bardziej romantyczny patriotyzm, niż nasz wymarzony, ale jest to jednak jakiegoś rodzaju patriotyzm. Bo Ci ludzie naprawdę chcą tutaj zrobić te kariery, zapuścić korzenie i zbudować rodziny. A państwo bardzo im w tym pomaga poprzez wielotysięczne pożyczki studenckie.

Poza tym fajerwerki były naprawdę długie i kolorowe… I robiły wrażenie. Chociaż byłem jakieś 2 km od nich (mierzyłem czas od wybuchu do usłyszenia wybuchu) to i tak patrzyło się z przyjemnością, a cały skyline był rozświetlany wybuchami. No i te dziesiątki jak nie setki tysięcy ludzi na brzegu hudson śpiewających, pijących i generalnie bawiących się nieźle.

Idąc tą logiką proponowałbym, żeby z naszego święta niepodległości uczynić Heinekena, bo tam najwięcej ludzi się cieszy, że akurat tego dnia są w Polsce. Bo akurat 11 listopada kojarzy się mi głównie z nudnym przemówieniem i ogólnym patosem.

I aż by się chciało spytać „Why so serious?”


pozdrawiam
pan_dziekan

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii PRzemyślenia i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s