pan_dziekan goes boston (hackin, hahvahd i inne fajerwerki)


Było minęło, to znaczy długi weekend. Z okazji niesamowitej dobroci mojego pracodawcy mogłem się cieszyć aż … uwaga 4 dniami wolnymi (wliczając w to weekend). Wszystko z okazji podpisania przez słynnych ojców założycieli jakiegoś kawałka papieru, na którym znajduje się mapa do świętego Graala. A wszystko bo podatki były za wysokie…

Z tejże oto okazji ekipa z wesołego dżipa (wyjątkowo w roli dżipa wystąpiła Mazda 3) w składzie Miso, PAtrik, Jano i autor tegoż postu wybrała się do kolebki edukacji w tym kraju – w samo serce nowej Anglii – najbardziej akademickiego miasta tego kraju, czyli Bostonu. Skład był mocno Słowacki z jednym przedstawicielem narodu Polskiego, jednak humor był iście wysokich lotów, godny Monty Pytona – gdyby tylko któryś z uczestników poza mną wiedział o tej legendarnej brytyjskiej grupie.

Zaczęło się bardzo dobrze, gdyż umówiliśmy się że wyjedziemy w piątek wieczór, szybka kimka i cały dzień zwiedzania w sobotę. Plan został niemal zrealizowany, ponieważ wyruszyliśmy w całkiem dobrym czasie około godziny 9 rano w sobotę. Wszystko to było strategicznie przemyślanym ruchem, mającym na celu uniknięcie korków na drogach. Nasze podstępne zagranie doskonale się udało, gdyż korków na drogach nie było. Po drodze daliśmy jeszcze radę wtrząchnąć steka (medium rare) 12 oz i około 14:30 dotrzeć do celu.

Jako przedstawiciele zawodów zarabiających nieco powyżej średniej na miejsce spoczynku wybraliśmy naturalnie hostel w cenie 30 + tax dolarów za osobę. Całość wyglądała bardzo ładnie, patio, hol wszytko pięknie. Drobnym defektem hostelu był fakt, że akurat na korytarzach nie było podłóg. Ale ta drobna niedogodność nie przeszkodziła nam w dotarciu do naszego 3 na 3 pokoju z dwoma piętrowymi łóżkami. OCzywiście, po krótkiej acz intensywnej walce udało mi się zająć górę. Niby trudniej po pijaku wejść… ale to jednak góra.

Zwiedzanie Bostonu rozpoczęliśmy od tzw. ścieżki wolności na której znajduje się wiele miejsc związanych z tworzeniem deklaracji niepodległości, spotkaniom ojców założycieli itp. pozwiedzaliśmy, popatrzyliśmy wszystko fajnie, ale późno już a kliczko i haye walczą. A Boston słynie ze swojej sceny sports barów. Niestety okazało się, że ta walka w usa pokazywana jest jedynie w systemie pay per view i w żadnym barze jej nie uświadczysz (a dzwoniliśmy do 11). Usiedliśmy więc w losowym barze nad brzegiem rzeki i zaczeliśmy próbować różnych rodzajów Samuelów Adamsów.

Reszta wieczoru upłynęła na oficjalnym bar crawlingu, i za dużo epickich historii nie mogę opowiedzieć, ponieważ została zawarta umowa o zachowaniu poufności zabezpieczona zdjęciami na aparatach każdego z naszych telefonów. Sami rozumiecie…

Drugi dzień (niedziela) zapowiadał sie znacznie bardziej interesująco – ponieważ wybraliśmy się pozwiedzać… Harvard (wł. Hahvahd) i MIT. Ponieważ obie szkoły są dość znane byliśmy dość podekscytowani. Po harvardzie oprowadzali nas sami studenci na unofficial Harvard Tour. Całość trwa nieco ponad godzinę, i przynajmniej mnie, zaskoczyła wielkim dystansem do siebie. Okazało się na przykład, że słynny system kojarzący studentów do pokojów (o podobnych zainteresowaniach i sposobie uczenia) sparował Kid Rocka i Al Gore’a… A taki Unabomber był mega matematykiem tylko trochę go za bardzo bili w szkole. Podobnie statua Johna Harvarda, który wcale nie założył szkoły tylko zapodał książki i ziemie w ramach bycia cool nie jest stworzona na jego obraz i podobieństwo, głównie z powodu tego, że w czasie gdy ją wykuto (gość, który ją zrobił akurat skończył MIT) nie było żadnego portretu tego słynnego gościa. Pomnik jest obiektem częstych żartów pobliskiego MITu, który jest często modyfikowany w śmieszny sposób, jak akurat chłopaki mają humor.

Historyjek było mnóstwo i szkoła naprawdę dobrze dba o swój PR, a prowadzący jest autentycznie śmieszny. Może warto jeszcze wspomnieć o historii rektora Hore’a, który akurat nie dostał budynku swojego imienia, z zupełnie niewiadomych powodów:) A biblioteka Harvarda, jest imienia pewnego gościa, który akurat utonął razem z tytanikiem, bo …. wrócił się po książkę. Matka tak rozpaczała, że postanowiła ufundować bibliotekę. Pod warunkiem, że nigdy jej nie zburzą, nie zmienią kształtu ani fasady, a w środku wybudują pokój dla ducha tego gościa. Ot szaleństwa matki po stracie jedynaka.

Po zajmującego wycieczce po szkole produkującej najbardziej nadętych studentów świata, czas przejść do szkoły produkujących gości, którzy mają największą smykałkę do biznesu i robienia czegoś co działą! Akurat mieliśmy farta bo MIT obchodził 150 lecie istnienia i można było sobie pooglądać hole i różne takie. Od razu człowiek wiedział, że znajduje się na politechnice. Wszędzie ogłoszenia kupię to/zamienię, koła miłośników mangi, robotyki, gier rpg, turnieju starcrafta, masy wykładów o tematyce nie do końca zrozumiałej przez kogokolwiek itp.

MIT oprócz tego, że jest znane z produkcji geniuszy ma również tendencję do robienia żartów, które tutaj znane są pod nazwą hacki. I tak chłopaki hackują jak się da i co się da. Najważniejsze jest, że władze uczelni najczęściej popierają hacki. A nie wiem czy na przykład moja politechnika przymknęła by oko jak byśmy akurat zamontowali makietę pathfindera na dachu gmachu głównego. Albo w całym gmachu rozwiesili śmieszne nawiązania do Wikipedii (by uczcić rocznicę jej istnienia). Albo akurat zbijając się z harvardu, ubrali go w pełny strój zołnieża z Halo 3 bo cośtam. A w czasie najważniejszego meczu (harvardu z YAle) wypuścili Balon z wielkim napisem MIT i ustawili go nad stadionem powodując, że następnego dnia w gazetach pokażą się tytuły MIT 1 – HArvard Yale 0… Hacków jest całe mnóstwo i część z nich wystawiona jest w muzeum MIT gdzei można się z nich pośmiać.

Dodatkowo można zapisać się na darmowe wykłady a także pójsć do labu visual arts i architecture gdzie można popodziwiać jakie to cuda w tych mądrych głowach się jeżą. Niestety do Sloan School of Management nie można wejść, więc nie wiem jak wygląda MBA w tej szkole.

Dowiedzieć się można o researchach i programach, natomiast inżynierowie nie organizują z jakiegoś powodu wycieczek po campusie.

Po tej dawce wiedzy, czas było się nieco rozerwać wybraliśmy się więc w podróż…. amfibią. Amfibia ma to do siebie, że porusza się w dwóch środowiskach dość płynnie, można było więc podziwiać ciekawe miejsca na lądzie i opowieści wodne. Całość jest trochę przygotowana pod małe dzieci, ale ciekawostki są dość interesujące i ogólnie na „Duck” tour warto się wybrać. W mieście warto jeszcze zahaczyć o akwarium oraz wybrać się do muzeum marynarki wojennej (dodatkowy bonus jak ktoś lubi statki) gdzie można pozwiedzać dwa statki wojenne – niszczyciel z drugiej wojny światowej oraz autentyczny żaglowiec w pełnym uzbrojeniu U.s.s. Constitution.

W ramach dobroci dla podniebienia warto zarekomendować Chińską dzielnicę, z przepysznymi pierożkami i innymi specjałami z kurczaka, kaczki, psa, szczura i czego tam jeszcze dusza zapragnie. Jednak absolutnym MVP jest … restauracja Fiore w Little Italy. Żarcie bardzo dobre (mimo że Pani po 5 minutowym zachwalaniu specjałów nagle stwierdziła, że pasta będzie tylko jedna więc z Miso musieliśmy o nią zagrać w kamień papier nożyce, a potem że w ogóle żadnej nie będzie), atmosfera włoska obsługa bardzo miła. A mule w sosie pomidorowym…. poezja.

Wieczór zakończyliśmy na rooftop barze… Niestety przybytkom tego typu trochę brakuje do słynnych rooftopów z NYC i generalnie widoków nie było prawie żadnych. Drinki dawali jednak jak inni, dlatego nie było problemów.

W poniedziałek po wizycie w słynnym browarze Samuela Adamsa, gdzie za darmo można popróbować piwka różnych gatunków (oraz kupić, ale po co kupować, jak można za darmo:) i posłuchać jak się robi piwo po Amerykańsku (akurat nie z hamburgerów i wyjątkowo nie u Chińczyków, i podobno nie dodają za dużo chemikaliów) czas było pożegnać się z tym sympatycznym miastem i wracać na fajerwerki do domu. Ale o fajerwerkach może w następnym poście 🙂

podsumowując: Boston obowiązkowa pozycja na liście każdego kto zwiedza wschodnie wybrzeże. Mnóstwo historii, dużo żartów i dwa najsłynniejsze koledże… Po prostu 3-4 dni zabawy (należy dodać do tego świetne jedzenie i wyjątkowo bogatą scenę barową – Atlantic Beergarden, Whisky Priest, down town … )… nic tylko zwiedzać.

A na koniec nieco zdjęć (bo ostatnio nie było)
Z Boston, Massachusetts mówił do Państwa Pan_dziekan

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Podróż i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s