The Line Trip i inne turystyczne historie


Był zwykły dzień majowy. W czasie gdy ratowałem świat od klęski głodu, rozwiązywałem problem pokoju na świecie a koledzy obok akurat wynajdowali lekarstwo na raka zadzwonił telefon. Akurat nie spodziewałem się, żadnych telefonów z gratulacjami, w końcu Noble dopiero w październiku, a moja zunifikowana teoria pola wymaga jeszcze kilku poprawek, ale może to akurat Barack dzwonił z gratulacjami. W końcu powiedziałem mu jak rozwiązać problem deficytu.

Czekoladowy prezydent jednak najwyraźniej ma zbyt duże ego, by zaprosić na kolacje, ale i tak zostałem miło zaskoczony gdyż dzwonił akurat Lechu. Nie wiem jak on znalazł czas pomiędzy nieustannymi konferencjami prasowymi, wywiadami i kręceniem filmu o nim, ale ty bardziej trzeba docenić. Akurat powiedział, że znajduje się w stanach i chciałby wpaść do starego kumpla poszaleć trochę na mieście. Szybko uzgodniliśmy plan, że chcielibyśmy zabawić się w zwyczajnych turystów, bez tłumów i autografów. LEchu stwierdził nawet, że przyleci nie swoim prywatnym samolotem, a zwykłymi AA. To się dopiero nazywa gotowość do wyrzeczeń…

I stało się:przyjaciel wylądował. Niniejszym zaprzeczam jakimkolwiek doniesieniom o materiale fotograficznym z tych 3 dni, gdyż żaden się nie zachował. Nie będzie tak jak na końcu Hangover, że nagle pojawią się zdjęcia… Nikt zdjęć nie robił:)

Jak już wylądował, dostał polecenie żeby zjawić się w okolicach hell’s kitchen, bo akurat była już 22 a my znaleźliśmy taki bar gdzie był burger za 1$ (slider), shot za 2$ i piwo za 3$. Wszystko to razem wcale nie wychodzi tak tanio, ale generalnie zabawa jest dobra. Jednak tamtej nocy nic się nie zdarzyło (naprawdę) i nie ma o czym opowiadać.

Powstał w naszych głowach wielki plan, żeby w sobotę i niedzielę, ostro pozwiedzać NY. Plan musi być, żeby potem można było ogłosić sukces. Udało się nam przebrać za niezłych nerdów, nauczyliśmy się paru zwrotów i ogólnej gadki, tak że nikt na pewno by nas nie rozpoznał. Ustawiliśmy budziki na 6:30 (kładąc się po pierwszej) i poszliśmy spać.

Udało się nam wstać już po 11 z czego byliśmy i tak zadowoleni, bo szczerze mówiąc wątpiliśmy czy damy radę wstać przed południem. Trzeba było coś skonsumować na śniobiadokolację, wybrałem więc całkiem „low-profile” knajpę Cafe PRague, prowadzonych przez naszych południowych sąsiadów. Podobno wpadają tam jakieś gwiazdy hokeja typu Gaboriki i Haszki, ale przede wszystkim doskonały jest tam Sznycel, kurczak w sosie grzybowym i knedliczki:) Jest też od niedawna Staropramen i parę innych dobry czeskich browarków. Na szczęście nikt nas nie poznał, więc po zaspokojeniu apetytu mogliśmy już radośnie ruszyć w miasto.

Dwóch znanych (zupełnie z niczego), utalentowanych (inaczej), jednych z najbardziej pożądanych przez kobiety we (alternatywnym) wszechświecie mężczyzn kroczyło incognito piątą aleją. Do południowej barki był jeszcze kawałek (a tam właśnie można popłynąć na statuę) ale zdecydowaliśmy się wyjątkowo nie dzwonić po limuzynę.

W ogóle byliśmy w jakimś dobrym nastroju ponieważ, gdy zaszliśmy na miejsce stanęliśmy w kolejce. Zwykle pokazujemy nasze zdjęcia i fani po prostu przed nami ustępują. Było to kolejne potwierdzenie, że kamuflaż został przygotowany bardzo dobrze. Po jakichś 45 minutach kolejkowania byliśmy już naprawdę bardzo blisko. Dowiedzieliśmy się również co gryzie zwykłego gościa z Oklahomy, a także co u Suzy z naprzeciwka. Były to fascynujące wielopoziomowe historie, które na pewno należałoby spisać, ale akurat nie mieliśmy wtedy notesów, dlatego nie zostaną tutaj przytoczone. Ważniejsze natomiast było to, że tuż przed sprzedaniem nam biletów (4 osoby przed nami) Pani Ogłaszająca, Że Nie Ma Już Biletów ogłosiła, że „NIE MA JUŻ BILETÓW”.

W tym momencie mogliśmy z siebie wydusić jakieś rzucone w nicość słowo ogólnie związane z łacińską nazwą zakrętu, jak również mogące znaczyć przedstawicielkę zawodu lekkiego. Jak to… PAni, powiedziała nam, że dziennie mogą sprzedać tylko tyle biletów, bo więcej nie mogą. PEwnie łódka by zatonęła, albo na pokładzie doszłoby do rozlewu krwi z powodu przepełnienia.

Niezrażeni tą niewielką porażką wybraliśmy się na most Brooklyński. Wcześniej obejrzeliśmy jakichś czarnych ulicznych performerów… ale o nich będzie osobny post, więc nie spojluje. Akurat ktoś musiał puścić jakąś cynę, bo niemal niemożliwością było przejść na drugą stronę (i to w DESZCZ). Wszyscy jakby czekali na nas, wiedzieli że będziemy tamtędy przechodzić. Na szczęście nasze przebrania znowu nas nie zawiodły i nikt nas nie poznał. Przeszliśmy, popatrzyliśmy. Wszystko ładnie, ale to jednak most. W Wawie mamy mosty, w Pradze, wszędzie są mosty:) Tutaj może trochę więcej filmów nakręcili, ale mimo wszystko.

Pozostał czas na punkt główny dzisiejszego dnia czyli, jak się później okazało, Line Trip. Wbrew pozorom nie jest to podróż po linach, ziplining ani nic związanego z linami. Na 33cią i piątą dotarliśmy chwilę po 8. Zachęceni brakiem kolejek weszliśmy do środka, gdzie Pan W Mundurze pokazał nam którędy iść (w końcu jakiś szacunek dla obywateli). Szliśmy jak na rollercoaster, mijając niezliczone ślimaki ustawione pomiędzy pachołkami. Nikogo jednak nigdzie nie było widać. Po jakiś 5 minutach spaceru dotarliśmy do 10-15 minutowej kolejki do Kasy. Wszystko fajnie, swoje odstaliśmy, i już chcieliśmy jechać na górę. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po drodze do następnego checkpointu musieliśmy stanąć w kolejce…. Kolejne 20 minut minęło. W międzyczasie skomentowaliśmy chyba wszystkich zachowujących się dziwnie ludzi w okolicy. Gdy dwóch Panów W Mundurach (pewnie zastanawiacie się czemu z Wielkiej… no skoro byli w mundurach i sterowali kolejką i zachowywali się jak bardzo Ważne osoby to muszą być z wielkiej) nas przepuściło znowu był długi korytarz i …. kolejna długa kolejka. No powoli zaczynaliśmy już mieć tego dosyć, gdyż jak się okazało nie była to ostatnia kolejka.

Zanim weszliśmy do windy musieliśmy odstać jeszcze jedną kolejkę łącznie razem już ponad 1,5 godziny. Wjazd na 80 piętro minął bardzo szybko, nawiązaliśmy nawet jakiś dialog z całkiem niezłą laską w okolicy (co było niewyobrażalnie głupie, jakie nerdy rozmawiają z dziewczynami. To mogło nas zdemaskować!) i wyszliśmy na 80 piętrze. Tam oczywiście czekała nas kolejna kolejka do innej windy. Ogólnie już rozumieliśmy dlaczego ludzie w tych kolejka są tacy rozbawieni. Po prostu elementem zwiedzania tego budynku jest wchodzenie w interakcje społeczne z innymi uczestnikami wycieczki. Jeśli trafiłeś akurat na konwent seniorów – przykro nam, trzeba było się zabrać inną windą.

Po 2 godzinach udało się nam w końcu dotrzeć na 86 piętro – taras widokowy Empire State Building. Czytelnicy zapewne zapytają, czy odstawiliśmy „He’s not Coming”. Niestety warunkiem koniecznym do zajścia tego zdarzenia jest znalezienie odpowiedniego celu, tego dnia (A właściwie nocy) takich niestety brakowało. Mogliśmy również niedowidzieć. Manhattan o 10 robi naprawdę dobre wrażenie. Faeria świateł jest wyraźna, a aleje i ulice wyglądają jak arterię z fluorescencyjną krwią. Spektakl sam w sobie. Wydaje się jednak, że przyjście w dzień (pogodny) może mieć więcej sensu, bo po prostu widać więcej – zwłaszcza wschody i zachody słońca są bardzo reklamowane…. ciekawe ile się wtedy stoi w kolejce.

Ponieważ mieliśmy bilet VIP z upgradem umożliwiającym wjechanie na 102 piętro – postanowiliśmy skorzystać. W windzie okazało się, że to nie taki VIP, bo jeszcz paru innych VIPów też sie załapało… GDzie to traktowanie ważnego klienta. I teraz muszę to powiedzieć… JAk już będziecie kupować biletu, to darujcie sobie strefę VIP. Kosztuje to 15$ a wrażenia daje średnie. O ile naprawdę nie potrzebujecie zdobyć Szczytu NYC (bo to jest najwyższe miejsce na które można wejść) to nie ma co sobie gitary zawracać. Poza tym było to prawdopodobnie jedyne miejsce w tym budynku na które nie było kolejki. To już powinno być jakąś podpowiedzią. Czyli jeśli macie cierpliwość do kolejek, lubicie zarywać dziewczyny w kolejce, macie dużo baterii w kindlu… wycieczka na ESB ma same plusy. Gdyby był jeszcze Ted, który powiedziałby Fun Fact:….:D

Zaraz potem złapaliśmy się z LEchem za głowy… Jeszcze tyle samo kolejek żeby zejść…. Nawet w sklepiku z pamiątkami była kolejka.

Misja została wykonana, nikt nas nie rozpoznał, cel niemal osiągnięty można było spokojnie czekać do niedzieli. Ale o tym może później.

pan_dziekan (z gościnnymi występami Boskiego_LEcha)

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „The Line Trip i inne turystyczne historie

  1. Klaudiusz pisze:

    no no no 😀 dobre story 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s