Serial z Lat 80, najpiękniejsza droga świata part 5


I znowu zaczynam się lenić bo posta nie mogę napisać. Ostatni wywód zakończył się jeszcze w Orlando, ale tego dnia postanowiliśmy jeszcze wyruszyć w drogę. Przypominam, że Orlando jest nadal na florydzie, skąd cały czas jest jakieś 800-900 mil w linii prostej do Nowego Jorku. A o naszej drodze, można w sumie powiedzieć wszystko ale nie to, że jest prosta. Siedliśmy więc do naszego Bolida, za kierownicą posadziliśmy Justynę i ruszyliśmy w drogę.

Jako amuzyczny typ nie zauważyłem tego wcześniej, ale nasz roadtrip nie był zdecydowanie kompletny. Brakowało dobrej muzyki, lub czegoś co umili w znaczący sposób przemierzenie 300 i więcej mil dziennie. Amerykańskie stacje radiowe bardzo przypadły nam do gustu, pod warunkiem, że nie słuchaliśmy żadnej niż 2-3 piosenki i właściwie nie zastanawialiśmy się czego tak naprawdę słuchamy. Praca pilota – nawigotora polegała również na sprawnym operowaniu radiem, ponieważ do muzyki Country ni cholery nie mogliśmy się przyzwyczaić a we wszystkich innych stacjach mieli zupełnie nieprzyjemny zwyczaj wypełniania przerw pomiędzy muzyką jakimś gadaniem. Dlatego w roadtrip koniecznie należy się zaopatrzeć w „roadtrip mix”, składający się z kilku giga piosenek:) To taka praktyczna rada dla wszystkich przyszłych ruszających w drogę.

Metą dnia po intensywnym dniu w Orlando miało być miasteczko o przyjemniej nazwie Savannah. Niektórzy być może pamiętają (ja nie) je z serialu z lat 80 (96, Klaudiusz ma rację) o pięknych i bogatych. I faktycznie nawet w przewodniku wspomnieli, że miasteczko posiada bardzo urokliwe centrum – znaczy starówkę. To znaczy domy mają tam więcej niż 100 lat i wyglądają ładnie. Z jakiegoś powodu w takich miasteczkach znanych z niczego ludzie próbują wciskać jakieś atrakcje. I tak można się w takim savannah przejechać tramwajem nocą pod nawiedzony dom, iść do nawiedzonego domu, a także iść do innego domu w którymś kiedyś ktoś tam coś zrobił, ale nie było to wydarzenie zmieniające świat (choć ten ktoś mógł później ten świat zmienić). Cóż poczucie wewnętrznej wyjątkowości rozłożone jest w Ameryce jednostajnie, dlaczego więc w Georgii miałoby być mniejsze.

Zajechaliśmy około północy po prawie 5 godzinach drogi i wzięliśmy należny nam pokój. Nieopodal była jakaś mini impreza z grillem, w której uczestniczyli „jakieś typy”. Coś tam nawet do nas powiedzieli, jak zajechaliśmy około godziny w pół do pierwszej do hotelu, ale zostali należycie zignorowani..

Tutaj może czas na niewielką dygresję związaną z „kontynentalnymi śniadaniami”. Będąc niesamowicie bogatą grupą turystów z Polski, wożącą sie dobrym samochodem spaliśmy w sieciowych motelach. Nie są one złe, Mariott to też nie jest, i na pewno nie ma na co narzekać (no może poza chwilowymi brakami dostępności WiFI). Najczęściej oferują również w ramach usługi owo kontynentalne śniadanie. Jest to bardzo ciekawy posiłek, w istocie ustandaryzowany, tak że wiadomo czego się na nim spodziewać, można wręcz powiedzieć, że zmienna losowa ma bardzo niską zmienność. Wypoczęty po dobrym śnie podróżnik znaleźć na stole może takie rarytasy jak bajgle, masło, dżem, serek wiejski (tłusty), gofra, syrop klonowy, mleko, płatki i „naturalny sok pomarańczowy” (naturalnie z sokiem naturalnym ma mało wspólnego). I choć może z perspektywy opisu nie wygląda to najgorzej, to my po drugim dniu wyprawy, już nawet nie próbowaliśmy nic jeść, tylko zawsze kupowaliśmy jogurty lub jakieś inne dobra. Myślę, że co twardsze jednostki mogłyby pociągnąć na tym jedzeniu do tygodnia, osoby bez potrzeb samkowych i dietetycznych do 2-3 tygodni a student z akademika naturalnie czułby się jak w raju, ale przecież nie o to chodzi.

Jeszcze tego samego dnia dojechaliśmy do malowniczej miejscowości Gatlinburg,w której to na co drugim rogu stał wystrugany z drewna niedźwiedź. Miasteczko znajdowało się mniej więcej w środku gór Great Smoky, a znajdowaliśmy się w stanie Tennessy, czyli około nigdize. Miejscowość wyglądała jak na niezły kurort, bo hoteli było w niej dużo a tandetnych sklepów jeszcze więcej. Ponieważ nie było jeszcze dramatycznie późno poszliśmy do pobliskiego parku narodowego, jednak nie mając szczegółowych planów rozpoznania taktycznego zmuszeni byliśmy wycofać się na z góry upatrzone pozycje za linię Baru.

Doświadczenie Barowe w Tennessy należy uznać za pozytywne, ponieważ barman akurat upodobał sobie Majkę na maskotkę i robił z niej różne żarty (amerykański test na trzeźwość polegający na dotknięciu czubka nosa i przejściu linii prostej), wszystkim było więc dość wesoło. Dodatkowo w barze założyli nam takie „śliniaki” żebyśmy się nie pochlapali:) Z każdą wypitą margeritą było jeszcze weselej, ale w pewnym momencie chyba ktoś opowiedział jakiś smutny żart bo poszliśmy do domu.

Jak na wielkich zdobywców gór przystało ustaliliśmy, że jutro wstajemy wcześnie i idziemy w góry, bo później mieliśmy już zabookowany rafting. Naturalnie plan wykonaliśmy jak każdy ambitny plan rządu, czyli chcieliśmy dobrze, ale opozycja nam nie pozwoliła.

Cóż było robić wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy na dziką rzekę. Udało się nam trafić chyba najnormalniejszego kapitana, co można rozpatrywać zarówno pozytywnie jak i niekoniecznie. Kapitan został przez girls aquad określony jak wodne ciacho, więc nie było problemu, a że ostatnio ciach mało na drodze, to i się lepie bawiły. Gościowi trzeba oddać, że naprawdę miał dobre poczucie humory, pokazywał różne rzeczy i opowiedział kilka ciekwych historii. PRawdopodobnie ominęły nas wrzucania do wody w bezpiecznych miejscach i kilka dziwnych żartów, ale za to mieliśmy kilka bardziej niż inni emocjonujących spływów. Niektóre przełomy naprawdę wyglądały dość przerażająco, zwłaszcza jak się siedzi w pierwszym rzędzie, ale czasem były też dość duże przestoje. Zagrożenia życia nie czułem, szczególnie sparaliżowany też nie wróciłem, ale papier, że zrzekam się całej odpowiedzialności naturalnie podpisałem. Całość trwała dobre 1,5 godziny i była dużym fanem. Nasz kapitan również poznał, że Majeczka jest wyjątkową osobą i postanowił zrobić jej niespodziankę. Przez kilka chwil mogła poczuć się jak kaczka, jak podpłynęliśmy pod mały wodospad i centralnie cała woda lała się na nią. Mina bezcenna, niestety bez foty…

Cały dzień zakończyliśmy przejechaniem całkiem sporego fragmentu Blue Ridge Parkway. Jest to ponoć jedna z najpiękniejszych dróg w stanach – i z tego co widziałem jestem w stanie w to uwierzyć. Wiedzie przez prawie całe appallachy, wiedzie szczytami i przełęczami i ma miejsca widokowe i wiele szlaków odchodzi bezpośrednio od niej. Jest długa na ponad 800 km i w wielu przewodnikach zalecają ją zrobić całą. Moim zdaniem jest to uzasadnione i gdybyśmy mieli więcej czasu chyba byśmy się skusili. Sama droga prezentuje piękne panoramy gór, pozwala wejść w ten gęsty las, który sam w sobie też wygląda na naprawdę zadbany. Nam udało się wykorzystać jeden ze szlaków, który wiódł do dość pięknego wodospadu, a że światło było sprzyjające to i zdjęcia wyszły. Droga ma jedną wadę, jedzie się nią wolno, ale jest to również jej największa zaleta. Sceniczne widoki zakończyliśmy w Asheville, gdzie zmieniliśmy bolid na Dogde Chargera bo 3.6l i 292 koni jakoś brzmiało lepiej, a także bo mogliśmy:)

Amerykańskiego muscle car, nie są może jakoś potwornie dobrze wyposażone, są jednak wielkie, mają wielkie silniki (i teraz już niestety kontrolę trakcji) i jeździ się nimi naprawdę inaczej. Doświadczenie polecam (chociaż samochód wieje tandetą na kilometr:D).

w części 6 poradnik jak zwiedzać gzymsy, czy w Salem były czarownice i dlaczego Miłość w nowym Jorku jest większa niż w filadelfii

pan_dziekan

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Podróż i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Serial z Lat 80, najpiękniejsza droga świata part 5

  1. Klaudiusz pisze:

    Jak Ty nic nie wiesz… Savannah nie jest serialem z lat 80, mid 90-ies my dear friend :p całkiem niezły piece of American shit 🙂

  2. yarpen pisze:

    Heh, zaraz po tym jak tu przyjechalem bardzo chcialem kupic Chargera, bo strasznie mi sie z wygladu podobaly. Pozniej zajrzalem do srodka, posluchalem pisku plastiku i mi przeszlo, choc samochod nadal mi sie podoba.

    • nerdinnewyork pisze:

      Auto z wyglądu bardzo fajne, silnik też niezgorszy (zwłaszcza pewnie v8 srt10;D) ale środek jest straszny. Nie wiem może wyższe wersje są lepiej zrobione, ale amerykanie chyba lubią właśnie taki plastikowy styl. Chociaż muszę powiedzieć, żę jeździ się nim niesamowicie wygodnie (chociaż do BMW to mu nadal daleko.)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s