Palmy, droga i krokodyle część 2


Znowu próbuję ukraść godzinę cennego czasu kiedy mamy WiFI i jeszcze nie musimy jechać. Kontynuujmy więc relację.

JAk w dobrym serialu: W poprzednim odcinku: Na lotnisku nasza malownicza grupa podróżników z wyboru próbowała się jak biali ludzie (a później jak sie okaże jak białe wieloryby) zacheckinować. Pani z uśmiechem jokera na twarzy powiedziała, że lot odwołany i nas porozrzucali po samolotach. Wyszło, że ja dolecę najwcześniej (zapewne jako pionier, który ma zbadać teren i załatwić wszystkie formalność) (o 13 zamiast o 10), Ola i Justyna trochę później (o 15) a najlepiej będzie miała Majka, która co prawda odleci najwcześniej, za to będzie mogła bardzo dokładnie przestudiować architekturę i design lotniska w atlancie, na którym luźno poczeka sobie 4,5 godzinki.

Naturalnie zapoznawanie Rednecków na pewno jest fascynującym zajęciem, a biorąc pod uwagę, że Majka na szczęście jest blondynką, nie powinni być agresywni. Chociaż z drugiej strony gdyby powiedziała, że jest z Polski mogliby wpaść w lęk, że to na pewno kraj z osi zła i jego mieszkańców nalezy zastrzelić, albo przynajmniej wytarzać w smole.

Wykorzystując moje zdolności negocjacyjne okazało się, że jednak da się coś zrobić. Pani o kolorze skóry sugerującym drzewo hebanowe, powiedziała że zobaczy co się da zrobić. Nie wiem czy był to mój władczy ton, czy raczej miny kota ze shreka dziewczyn (bo kombinacja tych dwóch rzeczy nie mogła zrobić niczego dobrego raczej), ale okazało się, że faktycznie da sie coś zrobić. Mimo stanowczej postawy, niczym Polaków z negocjacjami z USA, nie udało się wywalczyć jednego samolotu (i to pomimo mojej całkiem sensownej sugestii, żeby może wywalić jakiś dwóch losowych typów z samolotu, nawet nie z biznes klasy) ale udało się nam zapakować do dwóch w odstępie półtorej godziny. No to teraz mogliśmy w spokoju spędzić 3 godziny na La Guardii, na której nie ma absolutnie NIC, ale przynajmniej można było się pośmiać ze starych czasów.

Gdy wylądowaliśmy na miejscu udaliśmy się do wypożyczalni bolidów. Niestety propozycja Cheviego Camaro nie spotkała się z aprobatą pozostałych uczestników podróży, ze względu na „brak dostatecznego miejsca na bagaż”. A jak mówiłem, żeby się zapakować w plecak to oczywiście przyjechały z dwoma walizkami, bo przecież trzeba wziąć 14 podkoszulków , 20 par spodni (po 10 długich i krótkich bo nie wiadomo jaka będzie pogoda), jakieś 3 litry kosmetyków, i prawdopodobnie inne towary, które są zabronione międzynarodowymi konwencjami, ale są „niezbędne w czasie podróży”.

W czasie gdy ja negocjowałem z kolejnym potomkiem pracownika plantacji bawełny albo trzciny cukrowej, jaki to samochód uda się nam dostać, dziewczyny od razu przeszły do dyskusji ostatnich wypieków. Ich rozmowy dotyczyły głównie ciastek, różnych odmian – zarówno czekoladowych jak i jaśniejszych w kolorze. Słychać było lekki żal w głosie, że ciastka nie udało się dotknąć – tylko leżało na wystawie, ale również nadzieję, że tutaj w Miami na pewno się uda z jakimś ciastkiem wejść w relację bliższą:)

Samochód udało się wypożyczyć – dziewczyny nalegały na pełen pakiet ubezpieczeń, co niestety zwiększyło koszt samochodu ale dostaliśmy naszego kremowego Chryslera i już mogliśmy uderzyć w drogę. Czyli najpierw do hotelu. Głównym hotelarzem w naszej ekipie jest Ola, która powymyślała jakieś turbo tanie hotele na naszej trasie, były więc obawy o ich ewentualną jakość. Gdy zajechaliśmy naszym PolandMobilem, okazało się faktycznie, że hotel jest 2 minuty od plaży, ale widok mamy na tzw „chujnię”. Ponieważ jednak ostatnią rzeczą, która była nam potrzebna w hotelu jest widok (gdyż będziemy w nim głównie spać) nie spowodowało to spadku naszego morale. Urzekły mnie jednak dwa fakty: pomimo zapewnionego na booking.com WIFI i sejfu zupełnie przypadkowo okazało się, że obydwa naturalnie są i zwykle działają ale akurat są „out of service”. Karteczka, która to szumnie ogłaszała była jednak nieco zbyt stara, by nie uznać tego za stan bardziej permanentny niż tymczasowy, ale może po prostu doszukuję się dziur w całym. Łazienka w hotelu Hawaii zaskakująco czysta, uznaliśmy więc, żo hotel spełnił pokładane w nim nadzieje.

Dziewczyny z prędkością światła przebrały się w kostiumy i uderzyły na plażę szybciej niż byłoby to w stanie uczynić Lambo stojące nieopodal. Na moje pytanie o sunscreen napotkałem tylko karcące spojrzenia „przecież jest po 16”. Na moją delikatną ripostę – ale to przecież zwrotnik, otrzymałem już pełną furii odpowiedź – ale przecież trzeba się opalić. I właśnie po wybraniu miejsca na plaży powstał na razie najbardziej kultowy tekst tej wycieczki. Majeczka pełna entuzjazmu ni stąd, ni zowąd wypaliła: „I tak sobie leżymy jak te białe wieloryby, pośród morza czarnych kóz”. Do dzisiaj nie jesteśmy pewni skąd takie animalistyczne inspiracje, pewne jednak było, że tekst ten stanie się powodem nieskończonych żartów – zarówno na poziomie koloru (obecnie jesteśmy już białymi wielorybami z białymi przebarwieniami – ale jednak nie nowym gatunkiem orek:D) jak i zwierzęcym.

Tego dnia nie wydarzyło się już specjalnie nic nowego, poza faktem zaplanowania trasy na dzień jutrzejszy oraz zjedzenia zajebistej kolacji w pewnej kubańskiej restauracji. Gdybyście byli kiedyś na Ocean’s Terrace to koniecznie idźcie na skrzyżowanie Collins Av i 73rd street. Ryby, która tam podają są absolutnie przepyszne, drinki duże i zrobione ze smakiem (zwłaszcza modżajto i Daiquiri). Poszliśmy jeszcze trochę pozwiedzać i tyle.

Drugi dzień naszej wycieczki miał zakończyć się na Key West (czyli najbardziej na południe wysuniętym skrawku USA). Keys to takie wyspy, których pełno naokoło półwyspu Floryda. Pierwej jednak musieliśmy się wybrać w podróż na Key Largo do John Pennekamp State Park, który to jak się szumnie nazywa jest pierwszym podwodnym parkiem. Jest tam rafa na której można ponurkować, można tam również surfować oraz uprawiać wszelkiego innego rodzaju wodne żarty. Wcześniej musieliśmy tam dojechać. Akurat tego dnia zostałem pilotem a Ola Hołowczycem.

I okazało się, że autostrady w miami wyglądają zupełnie jak w Need For Speedzie. 5 pasów, 7 zjazdów naraz więc trzeba trochę uważać. Na szczęście była to niedziela więc ruch był niemal żaden. Dla Oli był to pierwszy raz w samochodzie z automatyczną skrzynią biegów. Udało się jej jakoś opanować „zespół bezczynnej lewej nogi” i po pierwszych dwóch niespodziewanych hamowaniach już nie zastanawiałem się ile wytrzyma moja klatka żebrowa. Samochody są maksymalnie idiotoodporne – nie ma typowego hamulca ręcznego (myślałem że to konieczność…), zapalić samochód można tylko na PARK, światła się gaszą same… co się da to się automatyzuje… AMerykańskość w pełnym wydaniu. Trochę to ogranicza moim zdaniem przyjemność z jazdy, ale idzie się do tego automatu przyzwyczaić…. Chociaż, o ile nie będę miał Porsche Carrera Turbo to nie chcę zmieniać mojego manuala…

to by było na tyle na dzisiaj, bo znowu mnie popędzają

pan_Dziekan

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Podróż i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Palmy, droga i krokodyle część 2

  1. Szymon pisze:

    Jeszcze zostaniesz tak zautomatyzowany, że wciągnie Cię ta ziemia (czarnoziem?:P). Swoją drogą, to po tym jak chamskie.pl zostało zamknięte, może trzeba uważać na poprawność a jeszcze lepiej jej używać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s