Palmy, krokodyle i droga czyli Road Trip Part 1


W końcu udało mi się zalogować w hotelu posiadającym prąd i WiFI w jakimś normalnym miejscu. Jest to dzień piąty naszego roadtripu i jak na razie z wyjątkiem jedngo incydentu jest naprawdę świetnie. Dziewczyny odwaliły kawał dobrej roboty w tworzeniu tego itinerary. Ale po kolei.

Nareszczie ktoś zdecydował się odwiedzić Łukasza w kraju hamburgerów. Maja, Ola i Justyna dotarły szczęśliwie do, jak to zostało malowniczo nazwane – „Dziekanowa” około 6 w zeszły czwartek. Nasza znajomość datuje się jeszcze do czasów licealnych i cieszę się, że nadal jest w dobrej formie. Skład lekko zaskakujący ale super, że w końcu będzie można pogadać o tym co się w Polsce dzieje i pośmiać się z polskich żartów.
Nawet lepiej, zostałem obdarowany koeljnymi 3 litrami dobrej, polskiej wódeczki, która zostanie niebawem skonsumowana, dużym zapasem piguł oraz butami trekkingowymi. Piguły były oczywiście najważniejszym elementem nielegalnej propagandy, którą została mi przywieziona. W końcu jestem uzależniony od dobrej musującej piguły a pomimo licznych prób nie udało mi sie tutaj takowej znaleźć.

Najlepszym prezentem był chyba jednak bilet do Miami i plan na poważnego 8 dniowego Roadtripa, który miał się rozegrać poczynając od soboty.

W piątek, lekko skacowany (naprawdę delikatnie), poszedłem oczywiście do pracy, a dziewczyny z uśmiechem na ustach wyszły z planem zdobycia Statuy Wolności i poczynienia niezbędnych zakupów artykułów pierwszej potrzeby. O moim dniu w biurze nie będę się raczej rozpisywał, ponieważ epickie włączanie komputera, jak również budzące niepoprawne emocje edytowanie dokumentów wymagań są doświadczeniami zarezerwowanymi jedynie dla największych koneserów tego typu przyjemności, dlatego pozostaną owiane tajemnicą.

I tutaj zaczęły się naturalnie schody, ponieważ nigdy nie może być po prostu łatwo. Około godziny 14 zwyczajnie na świecie zaczął mnie boleć brzuch. I nie było to bardzo legendarne uczucie. Pomijając może bardzo inspirującą kakofonię barw, którą zobaczyłem tego dnia przed pójściem spać i na pewno wprowadziła by w stań silnego natchnienia niejednego artystę współczesnego prowadząc do namalowania obrazu pt. „Wymiot polski’, podsumuję że nie czułem się najlepiej. Na tyle nienajlepiej, że bałem się, że z mojego roadtripu mogą być nici.

Na szczęście moje nadzieje okazały się płonne i dzięki świetnemu planowaniu dziewczyn, po 5 godzinach wątpliwej jakości snu, mogłem wstać o 4:00 na pociąg do miasta. Tam złapaliśmy taksóweczkę na La Guardię, gdzie niewątpliwie już o 7:25 mieliśmy odlecieć do krainy implantów piersi, liposukcji, palm i policjantów.

Oczywiście, świat po raz kolejny powiedział, że nic nie jest tak łatwe jka by się mogło wydawać. Próbując najzwyczajniej na świecie zacheckinować się na lot, pani z uśmiechem na ustach powiedziała nam, że lot został odwołany. Nie należy się jednak martwić, gdyż już zostaliśmy przebookowani do 3 różnych samolotów i wylądujemy w odstępie 5 godzin, a niektórzy z nas będą mogli się zapoznać z lotniskiem w Atlancie przez kolejne 4…

Więcej niebawem (bo zaraz dostanę batem od Justyny, bo musimy JUUUUUUUUUUUUUUUUU ZZZZZZZZZ jechać do Kennedy Space Center

Pan_dziekan

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Podróż. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s