What’s up doc?


Się stało. Pan_dziekan się postanowił wybrać do lekarza bo z lewej flanki zaskoczyło go bolące gardło a z prawej gorączka, a nos centralnie zarobił od wrednego kataru. Wobec tak wielkiej niegodziwości byłem oczywiście bezsilny. Nie chcąc ryzykować jakoś strasznie zdecydował się przetestować ten słynny system opieki zdrowotnej. Pierwej oczywiście musiałem obczaić doktora, który akurat akceptuje moje ubezpieczenie, ale to udało się zrobić dość szybko. Zadzwoniłem, sympatyczna Pani Asystentka imieniem Lindsay zapisała mnie na wizytę przy okazji pytając o różne szczegóły najpierw ubezpieczenia a potem choroby, i już mogłem się cieszyć, że będę wielkim uczestnikiem Amerykańskiego systemu zdrowotnego.

Zgłosiłem więc elegancko do przychodni (czy też praktyki czy zwał jak zwał). Wszystko bardzo ładnie, dużo obrazków sponsorowanych przez różnego rodzaju firmy farmaceutyczne typu „Cośtam, od razu będzie Ci lepiej”. Wszyscy na reklamach piękni, uśmiechnięci i bardzo zadowoleni z życia. Tłoku nie ma bo przyszedłem na umówioną godzinę, Pan doktor miał 5 minut opóźnienia, za co bardzo przeprosił ale już mnie przyjmuje.

Sama wizyta nie różniła się za bardzo od naszych, stwierdził że jestem przeziębiony, wypisał receptę i powiedział żebym dużo odpoczywał i nie pił zimnego bo dostanę anginy a wtedy to trzeba już będzie antybiotyk wypisać. Przy okazji zapytał mnie o milion badań profilaktycnzych, które w tym wieku już powinienem robić. Jako że mieliśmy jeszcze całe 10 minut wypytał mnie o całą historię medyczną rodziny do 3 pokoleń wstecz. Ja wiem, że to prawdopodobnie dla mojego dobra, ale czułem się tak jakoś niepewnie, zwłaszcza jak powiedział że mam przypadki raka w rodzinie. A rak to najgorsza jak powiedział choroba do przechodzenia w stanach. I koniecznie muszę przyjść na badania, zwłaszcza że moje ubezpieczenie je obejmuje i tylko 15$ copaya muszę zapłacić więc właściwie darmo dają.

I powiedział również, że dawno nie miał Pacjenta z Polski, że w ogóle to pacjenci w Europie mają dobrze, choć lekarze to już nie zawsze. Zapodał jeszcze jakiś średnio czerstwy żarcik o blondynce i lekarzu, ale był jak chwytający za umysł, że jakieś 8 minut po wyjściu już zapomniałem o czym był. Sprzedał też jakąś tanią autopromocję o tym jak był najlepszy na roku w jakimś uniwersytecie, o którym nie mam naturalnie pojęcia i zapytał się czy będę częściej przychodził. No po takiej diagnozie to chyba już muszę tutaj znaleźć psychoanalityka, żeby mi valium regularnie zaczął podawać bo inaczej to ja nie wiem jak ja sobie z życiem poradzę. Wszystko bardzo fajnie, nic nie zapłaciłem -wiadomka za leki muszę zapłacić ale chyba mi większość oddadzą. Całkiem nieźle jak za 20$ tygodniowo (mój pracodawca płaci chyba jednak dużo więcej).

Wszystko odbyło się bardzo profesjonalnie, wszyscy byli mili, uśmiechali sie, życzyli powrotu do zdrowia no i żebym koniecznie te cholerne badania zrobił. Kurde aż się człowiek nieswojo czuje po tych wszystkich latach kiedy wizyta u lekarza była jedną z większych traum jaka mogła mnie spotkać, jak również, fakt zadzwonienia do lekarza rodzinnego był jednym z większych przykrości, które mógłbym mu zrobić bo zjadłbym moje punkty gdyby chciał takie badania profilaktyczne zrobić (nie żebym wiedział jakie, a już na pewno gdzie i kiedy).

Problem z Amerykańską służbą zdrowia nie polega chyba jednak na tym, że to z wizytami takimi jak ja tylko pewnie jak się przychodzi z czymś poważniejszym. Muszę przeprowadzić wywiad co by się na przykład stało jak bym złamał nogę i ile ewentualnie dolarenów muszę trzymać na koncie, żeby przypadkiem mi jej prewencyjnie nie amputowali po jej nastawieniu, bo nagle stałą sie własnością szpitala, przynajmniej dopóki nie ureguluję rachunku.

Moje ubezpieczenie akurat jest takie, że nie ma górnego limitu wydatków, czyli będą mnie ratować aż padnę. Ale z tego co wiem to nie wszyscy takie mają. Ponadto jak zmienisz pracę to się ubezpieczasz gdzie indziej, a na przykład jak miałeś jakąś wredną chorobę to może Cię nie będą chcieli ubezpieczyć, bo P&L się nie będzie kalkulował. Tak Niuanse tego systemu są jeszcze przede mną. Moja mama wielokrotnie powtarzała, że żeby chorować w Polsce trzeba mieć zdrowie, wydaje się że w AMeryce wystarczą pieniądze. W sumie nie wiem czy lepiej. Na pewno inaczej.

Póki co walę herbatkę malinową, zakupiłęm imbir i jakieś piguły i się leczę… tzn. pracuję z domu
pan_dziekan

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii New York, PRzemyślenia i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „What’s up doc?

  1. yarpen pisze:

    Znajomy ze Stanow trzyma na osobnym koncie $10k na „czarna godzine” wlasnie na wypadek jakiejs niespodziewanej choroby kogos z rodziny (on + zona + dziecko). Nie wiem na ile jest to kwota potrzebna/realistyczna (ma jakies ubezpieczenie z firmy + doplaca troche od siebie co miesiac, wiec pewnie wiekszosc jest w pakiecie)…

    • nerdinnewyork pisze:

      Wydaje sie to być rozsądną kwotą na ciężkie czasy, kiedy na przykład zmieniasz pracę i nei jesteś tutaj ubezpieczony w ogóle i na przykład złamiesz nogę/rękę. Wystarczy też na pierwszy powiedzmy tydzień i może jakąś diagnostykę. Ponadto wszystko jezscze zależy od jego ubezpieczenia, bo tutaj jest wiele różnych konceptów jak na przykład „deductible” czy coś co płacisz z własnej kieszeni, lub na przyklad fakt, że ubezpieczenie pokrywa 90 lub 95% kosztów, co przy drogich operachach nagle urasta do dużych kwot itp, tak więc kwota ma całkiem sensowne uzadnienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s