Nie ma róży, bez łyżki dziegciu (Czy jakoś tak).


Dzisiejszy post sponsoruje kategoria przemyślenia i ogólny brak słońca w ostatnim czasie jak równie prawdopodobnie obniżony poziom serotoniny w moim pokręconym mózgu, który spowodował poniższe przemyślenia. Będzie to również radość dla wszelkiego rodzaju czytelników, którzy czekają na jakieś potknięcia czy też może tam jednak nie jest tak zajebiście:)

No i człowieka zawsze coś w tył potylicy musi „szczelić”… jest niby dobrze, niby wow ale nie można po prostu cieszyć się życiem, bo przecież nie do tego zostałem wychowany. Niby taki chojrak, zmienił życie, zmienił kraj a nawet zmienił kontynent, żeby więcej z tego życia wyciągnąć (bo został przeklęty/pobłogłosławiony zbyt dużą potrzebą zmian i dynamiki w życiu…) a teraz zaczyna się zastanawiać.

No bo czy wszystko zostało zrobione „dobrze”, przy arbitralnej narzuconej przeze mnie definicji dobrze. Niby są nowi znajomi, rokują również, ale przecież zostali mi w Polsce ludzie, których akurat znałem lat przynajmniej kilka jak nie kilkanaście. I tych ludzi i tego poczucia humoru czasem brakuje. Gdzie wysoki poziom abstrakcyjnych żartów Pana Romana do spółki z Orzechem i „Cichą Wodą”. Nawet z Olą nie można się już z męża pośmiać…. W zamian za to grupka Hindusów, którzy pędzą swoim życiem i zastanawiają się czy rodzicom będzie się podobał ich nowy chłopak/dziewczyna.

Poza tym jak wrócę, to czy jeszcze będą chcieli gadać, a jak będą chcieli gadać to jak z dobrym znajomym/przyjacielem jak dawniej czy może już jak z losowym typem, którego kiedyś sie poznało na jakimś etapie życia. Nie wiadomo, bo i wiedzieć nie można.

Patrzysz też ile jest fajnych stanowisk w okolicy, ale nie za bardzo możesz coś z tym zrobić (z różnych powodów). Widzisz ludzi młodszych od Ciebie o parę lat i zarabiających na przykład 2 razy tyle (ale pracujących też 2 razy tyle), albo robiących rzeczy, o których ty tylko czytałeś na studiach, albo akurat robiących rzeczy, o których nawet nie czytałeś na studiach. I zawsze zachodzi pytanie dlaczego prawie każdy z doktoratem z nauk ściśle matematyczno-powiązanych ma skośne oczy albo brązową skórę:D. Pewnie, nic prostszego, wziąć się za to w domu, pobawić się tym i też będzie umiał, przynajmniej w większości, ale właśnie… wziąć się za to w domu… Jak to się mówi peer pressure. Tutaj naprawdę nie czujesz się jak ktoś wyjątkowy, i poczucie własnej wartości wystawione jest na dużą próbę. Kop do robienia rzeczy wielkich jest jednak jeszcze większy. Ambicja krzyczy możesz więcej. Z drugiej strony miasto zawsze Cię pyta a jak wygląda Twoja sieć i czy akurat znajduje się w niej odpowiednio dużo rekinów.

Wreszcie ilość BS (dlatego BS theory), którą nieraz trzeba przetworzyć jest ogromna. Jak się nie ma charakteru, który łatwo toleruje BS, jak również ciężko znosi się ignorancje i ignorantów, to czasem sie ciężko człowiekowi robi. W zamian za piękny city view z biura na cały manhattan z 50 piętra trzeba „tworzyć wartość” i poruszać się w świecie dilberta. Nawet dla takiego znawcy Scotta Adamsa jak ja, nie jest to umiejętność łatwa.

Choć jak powiedział mi szef jeszcze w Polsce (szacun dla niego): jesteś inteligentny masz szanse zajść wysoko, dobrze jak jesteś ambitny, ale jeśli nie akceptujesz ludzi nie tak inteligentnych jak Ty to będziesz miał problem – to się nazywa mądrość. Widać ja jeszcze mądry nie jestem. Chociaż tutaj można przynajmniej pracować w organizacjach małych, skupiających z reguły dość ogarnięte jednostki, i ku temu dryfuje sporo młodych ludzi. Bo tutaj najlepszych „whizz kids” wsysa bankowość/hedgefundowość stąd idee typu Adopt a Hacker:) Bo błyskotliwe jednostki trzeba przygarniać…

I tutaj nieraz jak patrzę na to co zrobiłem w Polsce i jak dużą swobodę miałem, to aż mi się smutno za tym wszystkim robi. Tutaj za to więcej można się nauczyć (samemu) jak również można więcej w tak zwanej ogólności. Ale za to nie widać góry (tak przynajmniej mi się na razie wydaje, patrząc po różnorodności krajów pochodzenia i ras na wyższych kierowniczych stanowiskach), można iść do szkoły, którą znają prawie wszyscy na świecie (nawet jeśli na kredyt i za 50k$ rocznie + życie), można wziąć przerwę w pracy … itp. Naturalnie wymagana jest zielona karta czy inny żarcik uprawniający do stałego pobytu. Ale ja chyba nie jestem przekonany, że chciałbym permanentnie wspomagać PKB wujka Sama (bo podatki trzeba wtedy płacić już zawsze w USA).

I wreszcie jak się widzi tyle szans, to mój głupi umysł zastanawia czy wykorzysta się je odpowiednio i czy w ogóle wykorzysta. Bo przecież jeszcze coś sie przegapi biegnąc za czymś innym. Się człowiek stara, rozwija, swoją sieć planuje i szuka swojego miejsca w tym ekosystemie (powodując notorycznie dysonans poznawczy). Ale mimo wszystko jest w głowie mały strach, zrobi się coś, przez czas jakiś, ale może nie wyjdzie i potem wróci się do Polski i 2 lata w plecki. No ale to jeszcze obczaimy, tudzież zobaczymy, bo chociaż Psychics w Nowym Jorku dostatek, to chyba jeszcze nie byłem dość pijany żeby zajść i zapytać, czy jestem dzieckiem przeznaczenia:)

Wreszcie ludzi jest naokoło dużo, ale mimo wszystko łatwo się poczuć samotnym. Ja na szczęście znoszę to uczucie dość dobrze ale czasem dopada. Wszyscy się spieszą, czytają timesa, rozmawiać chcą z Tobą (no bo przecież networking), ale niewielu jest przyjaciół, trzeba uważać, żeby jak to się ładnie po polsku mówi nie dać wydymać;)

I tutaj historia żarcik z początków nie tak znowu zamierzchłych mojego pobytu tutaj. Potrzebowałem zwyczajnych słuchawek z mikrofonem, takich żeby móc rozmawiać przez skype. Poszedłem do sklepu z elektroniką prowadzonego przez arabohindusów. Takich jak z filmu Zohan o takiego. Zachodzę, obczajam słuchaweczki patrzę 80$. Myślę trochę drogo jak za te logitechy, ale patrzę że wszystko w tej samej cenie. Dobra nie sprawdziłem, pewnie wszystko wporzo. Gość sie na mnie popatrzył z wyrzutem, że tylko słuchawki i wyłożyłem 80$. OCzywiście powinienem podejrzewać, że wielka kartka NO REFUNDS może coś oznaczać. W momencie gdy podałem mu moje 100$ gościowi poważnie zaświeciło się w oczach myśląc +1 dla popieprzonych turystów. Potem spojrzałem na amazonie, słuchaweczki 20$…. A potem mnie strzeliło. Przecież, ja ten sklep znam. Właśnie z tamtego filmu. Nei przejąłem się tym jakoś bardzo (chociaż to zawsze dobra kolacja, albo godzina gokartów), ale jako „tani” Polaczek na przyszłość zapamiętałem. Wniosek na przyszłość nie kupować rzeczy w sklepach u Arabów i tych, które są permanentnie w stanie likwidacji i mają wyprzedaż everything has to go… To właściwie oznacza to co jest napisane, tylko że -80% oznacza wartość twojego dolara a nie poziom przeceny:) A sklepów takich… dużo, oj dużo. Widać jest popyt jest podaż, i soniacza zawsze można kupić:)

No ale żeby nie było, że tylko po to tu przyszedłem, żeby tu płakać. W pracy coraz lepiej, sieć sie rozrasta, zapisałem sie do klubu jeżdżącego na wycieczki wokoło, a planuję się zapisać do klubu żeglarskiego (bo tych jest tutaj sporo). W piłeczkę już można pograć z paroma gośćmi, a za 2 tygodnie wpadają znajome i jedziemy na roadtripa z Miami do Nowego Jorku (Waszyngton, Miami Beach, Disneyland, Philly, Smoky Mountains…. i Roadtrip bejbe!) więc będzie dobrze.

pan_dziekan.

p.s. Special thanks are due to Julka (chociaż nie może zrozumieć tej aluzji bo na Cad Camie nie studiowałą) za krytyczny obraz sytuacji:P

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii New York i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Nie ma róży, bez łyżki dziegciu (Czy jakoś tak).

  1. master yoda pisze:

    Dałeś się oszukać na 60 baksów i stąd ten cały lament? 😉

    Przyjaciel… hmm… jakże to nadużywane słowo. W Stanach chyba jeszcze bardziej niż u nas. Większość ludzi jak zakłada własne rodziny, to zapomina o przyjaźniach. Z prostej przyczyny – brak czasu. A to wszystko ma jeszcze drugie dno. Dużo łatwiej bowiem znaleźć miłość swojego życia niż przyjaciela. Prawdziwa przyjaźń jest zjawiskiem rzadkim. Ludziom brakuje szczerości. Niby znajomych dużo, a te znajomości są takie powierzchowne. Skąd ja to znam? Czy duże miasto w PL różni się aż tak bardzo od NY? W pewnych sprawach tak. Ludzie się spieszą jeszcze bardziej niż tutaj. Co do poczucia wyjątkowości to jak najbardziej rozumiem. Nie jest łatwo być kimś wyjątkowym w miejscu do którego walą sami wyjątkowi z wszystkich niemalże krajów świata.

    Co do zielonej karty – zawsze możesz zaaplikować. No i dodatkowo jak pracodawca trochę cię doceni, to może wystąpić chyba o lepszą wizę, czyż nie?

    • nerdinnewyork pisze:

      Nie ma lamentu. Po prostu oglądając Zohana nie zdawałem sobie sprawy z żartu. To znaczy sama sytuacja mnie śmieszyła, ale nie sądziłem że jest oparta na rzeczywistych wydarzeniach 🙂

  2. Aga pisze:

    Polska jest chyba wciąż wykluczona z loterii wizowej, więc sam Pan Dziekan nie może zaaplikować, ale może coś się zmieniło i nie jestem na bieżąco. Za to może taką wizę zasponsorować pracodawca, tylko trzeba się dobrze postarać 🙂
    A co do wycieczki, jeśli będziecie podróżować samochodem, polecam 2 miejsca, w sumie nawet po drodze 😉 Chesapeake Bay Bridge i Outer Banks, naprawdę warto zobaczyć! A jeśli będziecie w NC możecie wpaść na jakiś obiad do mojej siostry 😀

    • master yoda pisze:

      Z pobieżnego przeglądu wydaje mi się, że masz rację. Kiedyś jeszcze była wiza O-1, nie wiem czy jest teraz. Ale dostać na pewno niełatwo. Próbować w każdym razie można.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s