Przypadki blondyna w Meksyku


Próbowałem się lenić i nie pisać przez tydzień, ponieważ miałem niewątpliwą przyjemność budowania wartości dodanej oraz aktywizacji mojej proaktywności, zwłaszcza w godzinach wieczornych na cześć Klienta, Firmy i całej reszty. Jakąś rekompensatą tego była możliwość konsumpcji odpowiednio spreparowanych pochodnych traw rosnących na wielkich preriach w przybytku prowadzonym przez potomków przybyszy z Italii. Niestety wiązało się to z możliwością konsumpcji alkoholu, na który nadal krzywo patrzę po moich czterodniowych wakacjach:) Udało mi się na szczęście wykpić wodą, ale z klientem i tak trzeba było gada… pardon budować relację. Na tym może zakończymy ten przynudny wstęp, mogę jedynie powiedzieć, że klient jest bardzo wymagający i zażądał gry w kalambury z kategorią znane filmy… Myślę, że to jeszcze nie wszytko co widziałem w jego wykonaniu:)

Wracając do Meksyku (to znaczy technicznie nie wracając, bo nie mam kasy na kolejny bilet, ale przynajmniej myślami). Wakacje udały się, choć były niesamowicie krótkie. Po pierwsze można się elegancko naładować słońcem, po drugie meksyk jest naprawdę niesamowity. I chociaz żałuję, że nie mogłem zobacyzć go więcej (i to na przykład z plecakiem) to chociaż Cancun jest strasznie amerykański to jego przyroda jest naprawdę piękna a plaże mniam.

Dotarcie do Cancun nie było takie łatwe jak się wydawało. Ponieważ zakupiłem pakiet hotel + lot na jednej z tych stron i padło akurat na linie Spirit. Nazwa niezła, okazało się niestety, że to Taki amerykański RyanAir. Na lotnisku gdzie pokazałem sie z małą podręczną walizeczką okazało się na przykład, że muszę zapłacić 30$ za coś takiego. BO to nie jest personal Item… No nieźle już wkurwiony wsiadłem do samolotu, gdzie oczywiście nikt nie sprawdził czy akurat mam zapłacone za bagaż i wylecieliśmy do Fort Lauderdale na florydzie. Po przesiadce i wylądowaniu w Cancun (o dziwo nie musiałem zapłacić po raz drugi 30$ czego już się spodziewałem i szykowałem się do użycia mojej 50ml kremu jako nitrogliceryny….) spędziliśmy jedynie godzinę siedząc sobie w samolocie, bo akurat nie umieli podstawić schodów. Hasta maniana:)

Meksykanie to bardzo mili ludzie, którzy stają się jeszcze milsi jak poczęstujesz ich portretami zmarłych prezydentów USA. Przez pomyłkę naturalnie czasem zdarza im się nie wydać reszty, jak również dla wygody zaokrąglą Ci cenę, żebyś nie musiał kłopotać się dużą ilością banknotów. Ułatwiają Ci również przeliczanie walut mówiąc, że kurs wymiany to 1/10 mimo że tak naprawdę wynosi 1/11.5:)

Udało się dotrzeć do hotelu z pomocą shuttle service, gdzie nawet nie musieliśmy zapłacić jakoś nadmiernie dużo, gdzie stanąłem przed problemem zupełnie innej natury: brak klapek i kremu przeciwsłonecznego. Z klapkami to oczywiście nie jest wielki problem, można zakupć po jakiejś bandyckiej cenie, ale z kremem do opalania to już przesadzili. Wszystko to jest oczywiście wynikiem dbania o moje osobiste bezpieczeństwo w samolocie. Jak to mówią: Każ tłumowi robić coś idotycznego (np. wywal wszystkie butelki powyżej 100ml, ablo zdejmij buty), a będzie ślepo wykonywał zadanie i myślał, że to ku jego pożytkowi. Zapłaciłem więc jakeiś 20$ za 200 ml buteleczkę kremu SPF 50 (która o ironioo została skonfiskowana w drodze powrotnej!:D), który i tak nie uratował mnie przed lekkim rakiem na plecach:)

Hotel wszytko elegancko, jedzenie pycha, owoców milion ton, panowie kelnerzy zapodają drinki (pań kelnerek nie zaobserwowano) gawiedź je, śpiewa i bawi się. Generalnie nasz hotel zawierał raczje ludzi po 30 z czego większość to mieszkańcy hamburgerolandii jak również sporo kanadyjczyków (którzy wcale jak kanadyjczycy nie wyglądali). Słyszałem jednak Polski co najmniej 2 razy i zawsze byłem pod dobrym artystycznym wrażeniem autorki wypowiedzi w tym języku.

Pierwszy dzień minął jakoś bez emocji ale udało się nam zaprzyjaźnić z barmanem Fernando, który opowiadał zajebiste żarty, robił dobre driny i niesamowicie zbijał się z gości. Inną atrakcją był drugi Barman o imieniu „I don’t speak English, Who’s Your Daddy” Martinez, który bardzo dobrze za to znał nazwy serwowanych drinków. Na miejscu spotkałem też znajomych Miso czyli Michę i Lubo oraz ich kolegę Prijala. Z tak zawiązaną koalicją alkoholików wieczór nie mógł się skończyć na jednym czy dwóch, więc nie pamiętam na ilu się skończyło, ale przynajmniej w pokoju:)

Hotel był na tyle miły, że oferował Spa, które również miło unikaliśmy jak ognia. Panie z obsługi jednak bardzo nas namawiał na masaż, mówiąc, że jest to wyjątkowe przeżycie a nasze masażystki są wysoce wykwalifikowane i bardzo się odstresujemy. Dostaliśy nawet jakeiś kupowny zniżkowe, ale ponieważ nie po to tu przelecieliśmy żeby się masować uśmiechnęliśmy się tylko i poszliśmy konsumować śniadanie. Ogólnie można powiedzieć, że „life is hard”. Udało się jakieś żenujące próby opanowania deski windsurfingowej zakończyć sukcesem i przy okazji zwiększyć możliwość zachorowania na raka skóry pewnie milion razy:) Hotel oferował bardzo dobre zaplecze sportów wodnych typu nurkowanie, kajaki, żaglówki etc więc było nieźle.

JEdzenie w Meksyku jest … zjawiskowe. I to nie tylko w hotelu, z może zwłaszcza nie w hotelu. CHociaz zajadaliśmy się głównie meksykańskimi przysmakami na mieście można zjeść jeszcze smaczniej. FAjitas, chimichanga, quesadillas, enchilladas:) A kucharz uznaje to za osobistą powinność żeby jedzenie Ci smakowało i jeszcze się pyta czy wolisz tak, czy tak, nawet jeśli nie masz pojęcia o co chodzi. Można spokojnie zbudować masę w przeciągu kilku dni;)

Udało mi się również dotrzeć do Cocobongo. Niestety Miso z powodów ogólnego zmęczenia i choroby morskiej nie dał rady (chociaz może dlatego że chciał oszczędzić 50$). Cocobongo mimo, że chyba jest wydarzeniem jednorazowym dla każdego turysty, to jednak moim zdaniem jest obowiązkowym punktem programu. Jest to połączenie Broadway show/występu akrobatycznego/tanecznego/open baru/imprezy. Goście przez całą noc inscenizują różne filmy/znane postaci/wokalistów/pokazy barmańskie do muzyki która akurat biegnie. Ludzie bawią się dość niesamowicie, głównie jednak robiąc zdjęcia różnych atrakcją które dzieją się dookoła. Całość jest zrealizowana naprawdę płynnie i pomimo że tańczyłem piłem przez bite 5 godzin w żadnym momencie się nie nudziłem. Całość okraszona jest gigantyczną ilością spadającego na Ciebie papierowego konfetti, które ma tendencję do wpadania do drinków ale poza tym jest naprawdę nieźle. Na Youtubie pełno jest filmików więc możecie sobie obejrzeć.

W niedzielę postanowiliśmy z Miso wydać troszkę kasy i wybrać się na Isla Mujeres, czyli po naszemu wyspa kobiet. Oczywiście Pan z obsługi, który oferował nam wycieczkę nieco niedokładnie opisał nam koszty. To znaczy na pewno opisywal dokładnie tylko my nie zrozumieliśmy. No bo przecież bardzo łatwo źle zinterpretować, że cała wycieczka kosztuje 6$ a tak naprawdę kosztuję 66$ + 6$ opłaty portowej. Pan na pewno powtórzył 6$ trzy razy czym przekazał przecież poprawną informację, której my nędzni biali ludzie nie potrafiliśmy poprawnie zinterpretować. Nawet pomimo naszych pytań, czy aby na pewno to jest 6$ i to koniec potwierdził (prawdopodobnie trzykrotnie) żę tak to jest 6$. My oczywiście nie mielibyśmy nic przeciwko wiedzieć, że to tak naprawdę jest 66 + 6$, no ale techniki sprzedażowe i postawienie przed faktem dokonanym, czyli wyciągniem z karty zwyciężyło.

W porcie okazało się również, że nie można używać niebriodegradowalnych płynów do opalania przeciwko czemu zwrócono nam uwagę, ale możemy kupić w promocji taki właśnie płyn za jedyne 15$. Na miejscu okazało się również że na katamaranie alkohol jest faktycznie w cenie ale na wyspie to już niekoniecznie ale można kupić open bar za 16$… Udało jakimś cudem się nam wywinąć od tych opłat, kremem niebiodegradowalnym się smarowaliśmy jak dawniej a w barze i tak mieliśmy free drinks bo byliśmy z tej wycieczki i wszyscy przecież biorą:)

Sama isle de mujeres jest bardzo urokliwa. Oczywiście wszyscy sprzedają teraz pamiątki dla turystów, ale nadal można znaleźć malutkie restauracje i ogólnie klimat jest plecakowy, czyli kameralny. Uważni czytelnicy na pewno zastanawiają się po co wybrałem sie na wyspę kobiet i że na pewno, żeby znaleźć sobie jakąś meksykankę. Otóż pochodenie nzawy jest daleko mniej romantyczne niż, to że jedzie się tam w celu znalezienia kobiety, czyteż zostania kobietą czy też cokolwiek. Po prostu dawno dawno temu, jak jeszcze Majowie po ziemi stąpali i jak wiadomo głównie zajmowali się budowanie dziwnych piramid i wyznaczeniem daty końca świata, postawili sobie tutaj ołtarz ku czci jakiejś tam bogini. Akurat bogini zajmowała się płodnością więc laski przyjeżdżały tutaj modlić się o dzieci. Nie jestem pewien jak te modły wyglądały, ani również co robili kapłani, ale znając podejście starożytnych do tego typu spraw mogło być tutaj dość niegrzecznie/ciekawie w tamtych czasach:)

Dla chętnych na koniec galeria zdjęć ocenzurowanych, pozdrawiam i wracam do obowiązków domowych czyli sprzątania pokoju, którego z sukcesem udało mi się unikać przez czas pisania tego posta (dlatego taki długi:D)
pan_dziekan

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Podróż i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s