The Brunch Phenomenon


Wczoraj bylo coś co się nazywa President’s day. Takie jakieś święto. Wszyscy mieli więc wolne, (o 7:30 nikt nie czekał na metro oprócz dwóch osób) tylko moja kochana firma kazała nam zapierniczać. Wstałem lekko poirytowany faktem, że nei widzę mojej zajebistej panoramy bo jakaś mgła zażygała wszystko. Lekko przeklinając pod nosem (no dobra może nie tak lekko), potykając się o stojące bezczelnei na mojej drodze krzesło (nie miało gdzie się położyć cholera) i próbując znaleźć ręcznik pod prysznic poszedłem przygotować sie do pracy. Nie było lekko gdyż skarpetki za nic nie chciały do siebie pasować, koszule z pralni były tak cholernie dobrze zapakowane że prawdopodobnie rzuciłem klątwy na kilka pokoleń do przodu wobec rodziny gościa z pralni a jeszcze zauważyłem (nie wiem jakim cudem, gdyż mogę przyznać że wszytko robiłem na autopilocie). Nie przestając narzekać na to na czym świat stoi (7:00) zrobiłem sobie tradyjną potrawę czyli płatki + jogurt + troszkę mkleka całość trwa jakeiś 35 sekund, przy czym otwieranie lodówki to chyba większość. A zagotownie herbaty trwa niewyobrażalnie długie 6 minut. Jak udało mi sie wytoczyć z mojego mieszkania i dojść na metro, nadal nie do końca obudzony czekałem 5 minut na metro. Przyjechało ale nie moje. Czekam więc kolejne 10 i znowu przyjechało nie moje. Zacząłem już się poważnie denerwować, że coś sie popsuło i się spóźnię nie na żarty, ale potem Jakaś PAni musiała chyba spostrzec tego frajera co to już dwa metra przegapił, i być może jest terrorystą i chce wysadzić pociąg pełen ludzi ale pechowo wybrał sobie święto narodowe. Odezwał sie więc głos z góry i przemówił (może lekko parafrazując): Tępaku jak chcesz jechać do World Trade Center to musisz wsiąść w jeden z tych dwóch pociągów co to już pojechały, bo iinnego dzisiaj nie będzie bo mamy weekend! Skruszony (ale i tak posyłając kilka przekleństw w kierunku metra, ameryki i wszystkiego w okolo) pojechal się przesiąść na grove street…. Tak dzień zdecydowanie zaczynał się dobrze. Ale przecież nie o tym chciałem

Jak tam sie człowiek zastanawia, to w HIMYM jest wiele prawdy (albo i mitów) o życiu nowojrczyków (nie wiem może również mieszkańców innych miast, ale jeszcze mnie tam nie było). W weekend miałem okazję wybrać się na coś co tutaj nazywane jest brunchem. Jeśli ktoś nie wie co to jest (a już widziałem, że w Polsce można iść do restauracji na brunch), to jest to wyjście do restauracji na nie tak znowu drogie (10-15$) śniadanie/lunch. Stąd też nazwa… A zapomniałem, oczywiście nie samemu, najlepiej z naszą lepszą połówką, od biedy z przyjaciółmi.
Można by rzec, że Polacy już dawno wymyślili coś takiego kiedy budzimy się rano (tak po 13-14) po imprezie w cudzym domu, gdzie jest dużo osób, każdy ma jeszcze kaca i mały głód zaczyna doskwierać. Wszyscy zbierają się w kuchni opróżniają lodówkę właściciela (jeśli jest to studencka lodówka to niestety trzeba skoczyć do najbliższego carrefoura czy innej biedroneczki) robiąc zaskakująco kreatywne rzeczy z potencjalnie nie pasujących do siebie składników. Rano również nieotwarte piwo wygląda jakoś tak przyjaźniej…:)
Sytuacja w nowym jorku jest podobna, jest niedziela, jesteśmy skacowani/zmęczeni/dowolny inny powód nieprzespanej nocy i.. czujemy potrzebę zjedzenia. Jednak czujemy, że istnieje przykazanie by dzień święty święcić i płatki + muesli i mleko lub tosty nei wyglądają aż tak seksownie jak w tygodniu, poza tym jest z nami ta zajebista laska okok której akurat się obudziliśmy, a nasze skillsy w robieniu jajecznicy nie są aż tak dobre, poza tym zajmuje to za dużo czasu. Staramy się upiec więc dwie pieczenie na jednym ogniu, po pierwsze wychodzimy z domu po drugie idziemy coś zjeść. Przy okazji będzie sobie można przypomnieć wydarzenia z poprzedniej nocy.
Żarcie jak żarcie nic nadzwyczajnego się tutaj nie dzieje, choć ja akurat byłem w miejscu z naleśnikami – te z lodami czekoladowymi są … bardzo dobre jeśli ktoś akurat nie liczy kalorii. Jeśli ktoś liczy (czyli akurat prawdopodobnie wszyscy naokoło mnie właśnie metalnie pukają się w czoło widząc co ten typ przy tym stoliku zamówił i jak bardzo niezdrowe to jest) to i tak wiele mu nie pomoże, gdyż jest ich prawdopodobnie tak dużo, że są nieprzeliczalne. Siedzimy sobie ze znajomymi i gadamy właściwie o niczym a naokoło wiele innych grupek, które oczywiście też wybrały się na brunch. Ludzie naprawdę żałują, że nie mogą pójśc na brunch (opowieści w poniedziałek wpracy).
Podsumowując, można wydać trochę kasy, żeby zjeść całkiem dobre żarcie i pogadać ze znajomymi. PEwnie jak jest ciepło pakuje się toto do koszyka i bierze koc i idzie do central parku, ale teraz akurat zimno jak na biegunie więc to tylko dla chętnych.

Przez swoją małomiasteczkowość i nieubranchowienie zapytany co robiłem w niedzielę, powiedziałem, że zrobiłem sobie śniadanie i obiad, na co od dwóch osób otrzymałem pytanie sam? Prawdopodobnie stracilem kilka towarzyskich puntktów bo powiedziałem, że sam, ale był ze mna mój wierny przyjaciel telewizor oraz new york times i być może nie zostanę przez tych znajomych już nigdzie zaproszony ale…

Teraz o nieco innym temacie (jutro/pojutrze pojawi się post pod tytułem the Road Trip 2.0 gdzie będzie więcej szczegółów researchu, który zrobiłem w tym temacie więc może niektórzy będą zainteresowani). Na projekcie u nas znajdują się ludzie z innych biur. W związku z tym śpią w hotelach. Co się z tym wiąże, mają więcej niż jeden hotel do wyboru. Jako miejscowy konsultant oczywiście za wysokie progi by spać w hotelu, ale zastanowiło mnie czym kierują się nasi koledzy przy wyborze hotelu. Otóż oprócz dwóch oczywistych czynników – lokalizacja oraz żarcie na śniadanie kluczowym czynnikiem jest jakość siłowni. Kolega i koleżanka zmienili już hotel 3 razy bo siłka była beznadziejna. O shoosh. Ale teraz są bardzo zadowoleni bo już mają swój spinning, running, slapmyassharding i bógwiecojeszczeing na wysokim poziomie. Notka dla kolegów w Polsce, tutaj niemal nikt nie pakuje… To znaczy niektórzy troszkę idą na masę, ale głównie chodzi o to żeby six-pack był i żeby być fit. Tak więc koksów nie ma, rackejt fjuel w żyłach nie płynie, ale opierdalania się nie ma cytując za uznanym autorytetem w dziedzinie brania rzeczy na klatę.

Plan na ten tydzień wygląda dość intensywnie piątek impreza pod Dj Bob Sinclara, Sobota wielkie żarcie u Jane (who the hell is Jane), Niedziela wielka piłka na świeżym powietrzu.

Aha i od dzisiaj (na serio) wstaje rano o 6 i zapierniczam na Basen w celu poprawy mojego wszystkiego oraz głównie faktu, żeby mi się chcialo iść do pracy, i oczywiście, żeby… nie wiem czemu ale wieczorem wolę robić coś ciekawszego niż akurat biegać i gapić się w TV

pan_dziekan

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s