Nie będę spał pod mostem! i dlaczego Amerykanie nie przeklinają


Przepraszam wszystkich drogich czytelników za 2 dni nieobecności, ale trochę się niestety działo. Stało się. Wczoraj podpisałem umowę na roczne wynajęcie mieszkania w New Jersey. Mieszkanie jest bardzo duże, ma 3 sypialnie w jednej z nich będę spał ja, w drugiej mój kumpel z pracy Vineet a w trzeciej, prawdopodobnie jakiś Random Guy, który mamy nadzieję, nie okaże się seryjnym mordercą. Koszt nie jest taki najgorszy, wyjdzie jakieś 1250 na głowę więc powinno być ok.

Tak tak wiem, że to nie manhattan ani nawet nie brooklyn, ale zwyczajnie nie miałem już za dużo czasu żeby chodzić po tych mieszkaniach i byłem tym wszystkim już trochę przytłoczony, a to mieszkanie mi się podobało, jest wielkie (100 metrów), z sypialni mam widok z okna na manhattan, sklepy są blisko, do pracy blisko generalnie zalety. Oglądałem naprawdę świetne miejsce na manhattanie, w cudownym bloku ale wychodziłoby 1550 na głowę + miałbym tak naprawdę pół sypialni (ale za to w downtown). Kończę już więc mój przydługi wywód, zracjonalizowałem wybór i wyszło tak. Od dzisiaj więc można się już krzywić jak ktoś się zapyta gdzie mieszkasz? Jersey. Ehh Most brooklynski wydawał się ciekawą alternatywą, podobnie jak klasztor shaolin, jak również biuro (które ktoś zaproponował w ankiecie) ale stwierdziłem, że nie jestem dość trendy by mieszkać pod mostem, do shaolin mnie nie wezmą bo ledwo piłkę umiem kopnąć a w biuro, choć niezwykle przytulne, otoczone restauracjami, siłownią i mnóstwem udogodnień, utrudniłoby przyjmowanie gości z zagranicy (sorry wejścióweczki, strzeżony budynek). A no i do pralni daleko.

Tymczasem w firmie zorientowali się chyba, że może coś tam potrafię i zatrudnili mnie na projekt. Po czym jeszcze dwóch dyrektorów zapytało się czy akurat nie jestem wolny – ale akurat nie byłem już po czym stwierdzili, że będą musieli jakieś transfery uzgodnić. Team jak się okazało jest Indiański, ale bynajmniej nie są to potomkowie rdzennych mieszkańców kraju wielkiego Wuja Boba tylko Ci prawdziwi z kontynentu azjatyckiego:) Swoją drogą typóweczka: Nowy Jork, 8000 km od domu, międzynarodowe towarzystwo a ja siedzę w teamie z 9 hindusami:) Bardoz mili są, ale człowiek zaczyna się zastanawiać….

Ponadto poczyniłem niezwykłą obserwację. Otóż gdy jesteś w miejscu w którym jest głośno, zrozumienie kogoś kto mówi językiem obcym jako nauczonym, jest utrudnione. Amerykanie mówią jakoś tak … czyściej, z ich rozumieniem nie mam problemu. W innych przypadkach jednak można napotkać pewne trudności.

W przyszłym tygodniu zaczyna się restaurant week, co oznacza w większości restauracji w nowym jorku (nawet tych niezwykle ekskluzywnych) ustaloną cenę za ustalone menu. To się nazywa promocja. Można będzie pójść do tych wszystkich michelinowych restauracji i obczaić za co się płaci 300$ za kolację;)

Nadto z okazji tego że przyjęto mnie to teamu poszliśmy na drinks i kolację to meksykańskiej knajpy. Muszę częściej zmieniać teamy, żeby ograniczyć koszty posiłków:) pogadaliśmy trochę o różnicach kulturowych, o tym jak się żyje w stanach i takich tam pierdołach.

No teraz jak mam już zabezpieczony byt na najbliższy czas muszę trochę wyluzować. W związku z tym pojawi się niedługo post o planowanym roadtripie na lato tego roku gdzie gorąco zachęcałbym do interaktywnego budowania ze mną w komentarzach miejc, które trzeba odwiedzić (na zachodnim wybrzeżu) i zapisywania się w celu przylotu i uczestnictwa.

Wczoraj był piąteczek i spotkaliśmy się z Miso i Jorgym i paroma kolegami robiącymi bardzo ważny kurs w szkole na kolacyjne. Dobra rzecz to taka, że nie trzeba za nią płacić (koledzy stawiają). Poszedłem na pierwszego steka w życiu… I to od razu przy times square. Bardzo dobre moi drodzy czytelnicy (hurley’s się nazywa). Mięsko pierwsza klasa, sosy zajebiste, a niebo w gębie. Żeby nie było tanio tam nie jest, ale myślę że warto. Także jak ktoś do mnie przyjedzie (w końcu, bo na razie nikt się chorobka nie dobija). W ogóle ogarniam listę restauracji, które trzeba będzie ze znajomymi odwiedzić jak już tu będą:D Zacznę je tu chyba na stronę wrzucać, co by nie zapomnieć.

Oddawałem się aktowi konsumpcji w iście międzynarodowym towarzystwie. 2 Koreańczyków, Hindus (Oni są wszędzie!!), Południowoafrykanin (to jest dopiero trudne słowo), Słowak, Rosjanka i Polak w knajpie ze stekami. Pozwolę sobie nie opisywać głębiej uczestników kolacji jednak nadmienię: Yee-Sook aka The Father (nie mylić z godfather), Ji-huang aka Nearly Father (za 4 miesięce +1 do koreańczyków), Abishek aka Przeklinający trader (szybko znaleźliśmy wspólny język), Jorgy aka IamAwesome (jego już znamy), Miso, Julia i Ja.

Po uczcie część rozeszła się do domu, my jednak ruszyliśmy dalej bo była raptem 22. Szybkie przeliczenie zasobów (czyli równowartości abrahamów lincolnów w portfelach) i 2 taksy dalej (prowadzonej przez Pakistańczyków oczywiście) byliśmy na miejscu. Tłoczno jak cholera, 5 dolców za wejście ale drinki tanie i można pogadać. Bardzo fajne miejsce, przez dłużczy czas zgubiliśmy naszych koreańskich ojców. Już myśleliśmy że na dobre nam wsiąkli i zostali porwani przez Amerykańskie kobiety, ale wyszło na to że po prostu słabo rozpychali się przy barze po drinka.

Potańczyli my, spotkali dużo ludzi z którymi zamienili jakieś losowe słowa, prawdopodobnie jesteśmy na jakiejś losowej ilości zdjęć ludzi którzy tam byli, wieczór można zaliczyć do udanych.

Dzisiaj miałem zwiedzać, ale okazało się, że trzeba trochę rzeczy zrobić (do pracy niestety) i nie poszedłem, ale co się odwlecze to nie uciecze. Dzisiaj prawdopodobnie jakiś bowling albo inne przyjemne rzeczy.

Pan_dziekan

p.s. Krótka dywagacja na temat języka tutaj. Nikt nie przeklina! naprawdę, nawet shit nie mówią. Oczywiście nie jest łatwo się odnaleźć w takich warunkach z moim wyrazistym językiem, jednak to że tutaj mówią po angielsku wyraźnie pomaga. To znaczy pewnie tak powinno być, no ale kurczę w ogóle! Not cool! Mało trashtalku w ogóle, wszystko takie czyste, grzeczne poukładane. No nic trzeba się będzie przyzwyczaić chyba. Także wrócę odmieniony, będę mówił więcej przepraszam, proszę i w ogóle będę taki grzeczny i politycznie poprawny. A jak mnie ktoś obrazi to pozwę go do Sądu! ot co ameryka robi z ludzi:D Do jutra (hopefully ze zdjęciami)

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii New York. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Nie będę spał pod mostem! i dlaczego Amerykanie nie przeklinają

  1. Kozioł - ten na P :) pisze:

    Angielski w wykonaniu Hindusów – checked na ostatnim AC – 1/2 zdań nie idzie zrozumieć 😛

  2. Szymon pisze:

    Robiłeś jakieś foty tego magicznego steka? Pewnie ważył 2kg a to i tak była najmniejsza wersja:P

    Luke, jak Cię wyprostują, to będzie… bez sensu:/

  3. wasyl pisze:

    zapodaj jakies zdjecia z zapartamentów;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s