Dzień dobry, gdzie są pana spodnie?


Dzisiaj chyba będą dwa posty ale sie zaraz zobaczy. W tym poście głównie postaram się opisać niedzielę, która minęła mi dość leniwie ale jednak z jakimś przygodami:)

Otóż w niedzielę (Czyli dla mnie wczoraj) postanowiłem akurat nic nie robić, tzn poczytać sobie przewodnik, pójść na jakieś żarcie tudzież przygotować sobie garniak i rzeczy na jutro, a może nawet uderzyć na siłkę, skoro jest już za darmola w budynku… Równie dobrze mogę wrócić jako wielki kark a nie jako „pan Pączek” jak mi wszyscy prorokują – muszę tylko dokupić trochę RACKET FJUEL…

Dzień jednak zaczął się dość nieoczekiwanie gdyż ponieważ akurat zrobiła się piękna słoneczna pogoda. Co prawda nadal nei jest ciepło bo jakieś 28-30 stopni ale słónce było piękne. Oczywiście jesteście świadomi, że tutaj hamburgery używają jakiejś totalnie z czapy wziętej skali wymyślonej przez polskiego Żyda, która nijak się ma do cywilizowanej skali celsjusza (albo kelvina) i normalny człowiek ni cholery nie jest w stanie szybko konwertować jednak skali w drugą bez użycia pomocy naukowych, ale cóż ja mogę. Może oni po prostu lubią mieć 80 stopni w lato… Bo przecież więcej znaczy lepiej.

Nie wytrzymałem więc długo na łóżku czytając książkę i postanowiłem przejść cały central park… mimo że Zima. Wziąłem więc aparat i dziarsko ruszyłem w drogę. W międzyczasie zgodnie z popularnymi żądaniami znalazłem knajpę będącą pierwowzorem McLaren’s Bar w How I Met Your Mother i zrobiłem parę zdjęć, które postaram się wrzucić jutro na bloga. Do środka jeszcze nie wchodziłem ale jak tylko się tam wybiorę obiecuję relację z pierwszego kufla — czy cokolwiek tam amerykanie w pubach mają.

Central park mimo wszystko jest zajebisty… JEst wielki i naprawdę majestatyczny. Wiewiórki radośnie popieprzają po śniegu i nawet taki ignorant jak ja naliczył ze czy (tak czy) gatunki: szare dziadostwo, czarne Skurczysyny i rude madafaka. Czarne są zdecydowanie największe i prawdopodobnie mogą zabić, o czym ostrzegają liczne tabliczki stojące wszędzie, żeby zostawić wildlife alone bo może być niebezpiecznie… a jak już coś Cię w paluszek (albo gardło) upierdzieli to zadzwoń gdzieś tam to po Ciebie przyjadą… pewnie żeby dobić konającego. Z innych przedstawicieli fauny obczaiłem jeszcze wróbelki – dałbym słowo że takie same jak w polsce – wcale nie większe, ale może nie rosną od big maców i mnóstwo innych ptaszorów, który rozpoznać już niestety nie zdołałem.

Kontynuując moją niezwykle ambitną wyprawę przez Central Park obczaiłem ławki, na których przybite były tabliczki z podziękowaniami, wyznaniami miłości lub epitafiami… Też zrobiłem zdjęcia co ciekawszych.

Idę więc i idę, mija już dobra godzina (osobiście przyznam, że nie szedłem nadzwyczaj prosto, tylko generalnie tam gdzie mi się podobało, robiłem sporo zdjęć i generalnie byłem w nastroju mocno leniwym), nagle widzę budynek… no myślę koniec!! – jakież było moje zdziwienie gdy zobaczyłem że to mniej  więcej 1/3 parku i budynek miejskiego muzeum sztuki. Potem jeszcze wielkie oczko Jackie Kennedy Onasis, które można pokonywać jedynie w kierunku PRZECIWNYM do kierunku wskazówek zegara (co nie przeszkodziło mi złamać tego przepisu) i byłem już mniej więcej w połowie.

Inna ciekawa obserwacja. Głównym zajęciem ludzi w central parku (oprócz taki turystów jak ja robiących jakieś zdjęcia i generalnie zawalidróg) jest bieganie. Biegają tysiące osób, mimo ujemnej temperatury, radośnie w krótkich spodenkach lub termicznej odzieży i zawsze ale To ZAWSZE z ipodem na uszach (no dobra pewnie w 99% procentach ipodem), który przed chwilą kupili w sklepie apple. Gdzie nie pójdziesz to zawsze Cię ktoś goni no… Idziesz sobie boczkiem a tu wyskakuje Ci para lasek, które sobie jogują. Myślisz schowasz się pod mostkiem, gdzie tam, już Cię goni jakiś afroamerykanin. Jeden gość (skośny) biegł wolniej niż ja szedłem ale twardo biegł, bo pewnie jeszcze do końca playlisty ze 3 piosenki zostały.

Ja w międzczasie uległem zmęczeniu tym intesywnym chodzeniem i chłonięciem parku – nawet tony biegaczy nie spowodowały, że uważam to miejsce za totalnie zajebiste (choć pewnie jak Ktoś przyjedzie i tak zrobimy tam flaszkę:D) i stwierdziłęm że starczy… doszedłem mniej więcej do 2/3 i stwierdzam, że cały central park to jednak grubsza wycieczka. Wyszedłem więc i wsiadłem do metra na 108 (to jednak 70 ulic do mnie) i sobie siedzę.

Nagle patrzę połowa wagonu zdejmuje spodnie… centralnie zdejmują spodnie starzy, młodzi, grubi, chudzi, biali, kolorowi …. a połowa patrzy ale nie żeby jakoś zdziwiona. JA trochę skonsternowany ale jadę dalej. NA następnej stacji wsiadają kolejni ludzie bez spodni (w tym jedna naprawdę ale to naprawdę laska o nogach modelki). i siadają radośnie obok mnie. No to nie czekając wiele z miną totalnej ignoranta się pytam What the fuck?. A oni mi na to, że dzisiaj jest taka inicjatywa że się jedzie bez spodni. To się pytam czy to jest jakaś zorganizowana akcja. A oni o dziwo nie odpowiedzieli żebym nie był cfaniakiem tylko, że każdy się może przyłączyć i zdjąć spodnie w metrze. Chwilę to rozkminiłem, bo jednak nieprzyzwyczajony jestem do takich ekshibicjonizmów, ale stwierdziłem… a co tam i dzinsy schowałem do plecaka. Wysiadłem na 34 wraz z paruset osobami i ruszyłem do wyjścia. Nakręciłem filmik który możecie obczaić na fejsie. Założyłem spodnie (bo jednak zimno) i poszedłem do domu.

Generalnie jednak dałem radę pomylić kierunki (poszedłem na wschód zamiast na zachód) i zanim się kapnąłem przeszedłem aleję. Zawracam a tu patrzę jakiś typ tańczy/stepuje/robi z siebie debila przed autobusem z azjatycką wycieszką. Nie wiem może to był jakiś znany tancerz albo co, bo cały autobus bił mu brawo ale wyglądało to przekomicznie, bo gość tańczył jak Bolec z chłopaków nie płaczą:) Miał te kocie ruchy….

Na koniec dnia kupiłem słynny amerykański sześciopak (ale nie buda tylko belgijskiego piwka) ponieważ myślałem, że wpadnie do mnie MISO i pogadamy generalnie trochę. Miso jednak o 6 napisał, że jeszcze siedzi w pracy więc chyba dziś nie da rady. JA na to, że spoko może być nawet 20-21 jak coś. Napisał mi jednak o 2 RANO (sic!) że właśnie wyszedł z pracy i że chyba dopiero piąteczek jest opcją. TAk Investment Banking… (anyone?)

OBejrzałem więc 2 odcinki chucka, wyprasowałem garniak, zjadłem kolację i poszedłem spać. W końcu jutro wielki dzień (i słuchanie pewnie niezłych bzdur). Jak się okazało mieszkanie przy 9 alei potrafi być głośne.. ale o tym w kolejnym poście

pan_Dziekan

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii DZiwne, New York i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Dzień dobry, gdzie są pana spodnie?

  1. dro pisze:

    Are you fucking kidding? 4 dnia czy któregoś trafiłeś na jakiś no-pants-day??

    Swoją drogą jak widzisz pomału podganiam bloga.. mam nadzieję, że niedługo będę komentował z mniejszym opóźnieniem 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s